Ostatnie dni roku liturgicznego zwracają szczególną uwagę na czasy ostateczne. Czytania podczas Eucharystii, w Liturgii Godzin oraz modlitwy uzmysławiają nam, że Pan przyjdzie powtórnie w chwale i że nastąpi to niebawem.
Do podjęcia tego tematu zachęciły mnie nie tylko czytania i podejmowany ostatnio z wielką lubością temat 2012 roku. Splot różnych wydarzeń miał wpływ na wybór tematu. Wyżej wspomniane powody, dzisiejsze wspomnienie męczenników wietnamskich (24 listopada) oraz moja polemika z Antyfeministem przy ostatnim moim wpisie pt. „nowy nagłówek”.
Jeżeli bowiem termin „świat” potraktujemy tak, jak go rozumie w swojej Ewangelii św. Jan to ów koniec świata nabiera zupełnie innego znaczenia. Koniec świata będzie wtedy oznaczał koniec obecnego porządku, koniec świata bez Boga, koniec cywilizacji śmierci, koniec antychrysta, koniec wojen, nienawiści, głodu i strachu. Jeśli tak spojrzymy na koniec świata wtedy rzeczywiście chce się na niego czekać i wołać za świętymi: „Przyjdź Panie Jezu!” Wtedy wyczekiwanie końca świata jest pełne nadziei i optymizmu.
Cóż dramatycznego zatem w tym oczekiwaniu i co z owymi znakami, które napawają lękiem? Koniec obecnego porządku nie nastąpi bez bólu, łez i strachu. Czy łatwo nam zrezygnować z przemocy jeśli jest ona jednym z najskuteczniejszych sposobów w osiągnięciu własnych celów? Czy bez trudu przebiega nasze, osobiste nawrócenie? Ile zatem bólu spowodować musi nawrócenie świata… Odwrócenie się od tego co łatwiejsze ku temu, co bardziej wymagające zawsze jest związane z ofiarą. Stąd dramatyzm i cierpienie. Pytanie, kto ma ponieść ową ofiarę? Czy świat potrafi sam, bez przykładu, bez świadectwa pójść w stronę nawrócenia? Jak dostrzec wartość tego, co trudniejsze, gdy nikt nam tego nie pokaże? Sam Chrystus umierając na krzyżu za świat, wskazał którędy droga do nawrócenia – przez Krew.
Cały „sukces” chrześcijaństwa, w pierwszych wiekach naszej ery, wziął się moim zdaniem z wytrwałości pierwszych wyznawców Jezusa, którzy udowodnili, że można pokojem, miłością i przebaczeniem zwyciężyć wojnę, nienawiść i zło. Bez broni pokonali uzbrojone od stóp do głów imperium rzymskie. Bez demonstracji i walecznych okrzyków zwyciężyli pogaństwo. Inni patrząc na pełnych radości, pożeranych przez dzikie zwierzęta chrześcijan postanawiali ich naśladować. Chrześcijanie stali się solą ziemi przez to, że byli solą w oku tego świata. Zwycięstwo przyszło przez krzyż, ale krzyż, który był znakiem ofiary, oddania, pokoju… Późniejsze wyczyny chrześcijan, którzy zaczęli mieczem wprowadzać wiarę przyczyniły się tylko do erozji wiary i wypaczeń, których konsekwencje trwają do dziś. Zawsze, gdy wrogowie krzyża sięgają po przemoc wtedy zaczyna się „koniec świata”. Gorzej, gdy chrześcijanie w obronie krzyża również chwytają się przemocy. Wtedy krew leje się z obu stron i wygrywa świat. Używanie przemocy jest znakiem bezsilności, braku argumentów. Niestety jeśli wierzący w Chrystusa chcą walczyć za krzyż przelewając ludzką krew, zapominają że Chrystus umarł na krzyżu, aby dać życie wszystkim a nie go pozbawić. I wtedy możemy mieć do czynienia z końcem „naszego świata” – chrześcijańskiego. Świat (w janowym rozumieniu) zagnieżdża się coraz bardziej w sercach chrześcijan, którzy nie widzą już nadziei w miłości, pokoju i przebaczeniu, lecz w wojnie, niezgodzie i przemocy. Czy Syn Człowieczy, gdy przyjdzie, znajdzie wiarę w potęgę miłości i przebaczenia?
















Wczoraj na naszego bloga oczekop.wordpress.pl zajrzało ponad 300 osób. To jak narazie rekord. Szkoda, że nie przekłada się to na komentarze. Największą popularnością cieszył się temat o rekolekcjach dla mężczyzn (ponad 50 “zajść” 

Polecam bardzo gorąco nowość w Wydawnictwie Misjonarzy Krwi Chrystusa „Pomoc”. Jest to doskonała lektura przygotowana przez Misjonarzy Krwi Chrystusa – zawiera wyznaczone przez liturgię Kościoła fragmenty Ewangelii i rozważania do nich na każdy dzień 2010 roku. Może ona służyć jako pomoc w codziennej, osobistej modlitwie Słowem Bożym. Może też być pięknym prezentem, zachęcającym kogoś innego do podjęcia pogłębionej modlitwy w obecności Pana.
Wczoraj wieczorem (8 XI) rozpoczęliśmy w warszawskim klasztorze, na ul. Freta, wewnętrzne rekolekcje. Prowadzi je w tym roku znany lubelski duszpasterz akademicki – o. Ludwik Wiśniewski OP. Na początku Ojciec rekolekcjonista stwierdził, że aby przyjąć rekolekcje dla własnych braci i to dominikanów to trzeba być albo bardzo odważnym, albo szalonym… Coś w tym jest. Ponoć bowiem najtrudniej nawrócić księży i zakonnice. W związku z rekolekcjami mamy w klasztorze o wiele mniej zajęć, obowiązuje nas milczenie, nie oglądamy TV, podczas posiłków czytamy list Generała do Zakonu, słuchamy dwóch konferencji o. Ludwika dziennie, adorujemy Najświętszy Sakrament i staramy się w celach spotykać z Panem Jezusem. Proszę Was zatem o modlitwę w intencji wszystkich braci z mojego klasztoru. Oby Pan nawrócił nas do siebie w tym czasie. Dzięki wielkie! 
