Archiwum z czerwiec, 2008

h1

HIV/AIDS straszna reklama…

20 czerwiec 2008

co sądzicie o tej reklamie przeciwdziałającej HIV i AIDS ?

h1

Chyba wolę ateistów…

19 czerwiec 2008

Lubię takie prowokacyjne tematy bo dzięki nim ktoś zajrzy na bloga nawet, jeśli jest nie zainteresowany. Ale, jak ksiądz woli ateistów to koniecznie trzeba przeczytać bo a nuż jakiś skandal. Wszystkich złaknionych skandalu i poszukujących go na mojej stronie muszę rozczarować deklaracją: “Na tej stronie żadnego skandalu nie będzie. A nawet jak będzie to w sposób niezamierzony.” I w tej chwili zapewne niektórzy czytelnicy mojego bloga się zniechęcili a może nawet na dobre wycofali z czytania moich “całkiem” dobrych tekstów. No cóż… Zostali tacy, którym na sercu leży zachowanie przez księdza ortodoksji. Oj, oby się także nie zniechęcili po przeczytaniu tekstu. No, ale ad rem.

Świat jest dziwny, śpiewał Niemen. Ci bowiem, którym zlecono szukanie prawdy w świetle Bożego Objawienia gubią się i przewracają a pozostali, którym nikt nie kazał nawet szukać okazują się być najbliżej celu. Skąd ten wniosek? Formułuję go pod wpływem odbytych rozmów i dokonanych obserwacji. Zastrzegam, że moje poglądy ulegają transformacji, mam przecież dopiero 30 lat. Krew mi się ścina w żyłach, kiedy widzę lub słyszę chrześcijan walczących o prawdę metodami, które ich przekreślają. Jak można bronić godności człowieka szargając godność innego? Np. ostatnio obserwujemy, co się dzieje w przypadku Lecha Wałęsy. Nie czytałem książki, nie żyłem w latach ‘70. Widzę jak z jednej i z drugiej strony barykady stoją osoby wierzące. Nie chcę wnikać w szczegóły dyskusji o agenturalnej przeszłości pierwszego przewodniczącego Solidarności, ale chcę spojrzeć przez chwilę na zachowanie tych, którzy ze sobą rozmawiają o domniemanych faktach z życia drugiego człowieka. Jak myślicie, czy obserwatorzy tego marnego spektaklu mogą powiedzieć, tak jak ci z Dziejów Apostolskich “patrzcie, jak oni się kochają…”? Chyba raczej nie. To po czym mają rozpoznać żeśmy chrześcijanie? Ktoś powie, że miłość to nie naiwność. To prawda. Jednak chyba w tym przypadku wolałbym naiwność od stylu prezentowania myśli, w którym słów i postaw inaczej niż “zawiść” nazwać nie mogę. Powtarzam dotyczy to jednej, jak i drugiej strony dyskusji. Niektórzy “duchowni” (szczególnie z rozgłośni, która samozwańczo i w sposób nieuzasadniony nazywa się Radiem Maryja) myślą że kiedy ubiorą swoją nienawiść w uśmiech wręcz spływający z twarzy, wtedy wszystko im wolno. Przepraszam, ale jeśli gówno zawiniesz w złotko po czekoladzie, nadal będzie gównem. Można je jeszcze wyperfumować, ale to nie zmieni substancji. Dziwi mnie jeszcze jeden, chyba najgorszy casus całej tej sprawy. Nie chodzi mi tu tylko o Wałęsę. Dotyczy to również wszystkich innych ludzi, odsądzanych od czci i wiary za swoją przeszłość lub teraźniejszość. Otóż casusem tym jest ubieranie swoich opinii w płaszcz ideologiczny. Robimy to w imię przywrócenia Polakom ich historii, opluwamy człowieka bo mamy na uwadze jego dobro, chcemy żeby w ten sposób odkrył kim jest naprawdę. Albo musimy się tak bronić bo inaczej nas zniszczą, robimy to w obronie Kościoła, chrześcijaństwa, w obronie samego Boga! Co za chłam! Nie mogę tego słuchać. Kiedy takie poemy wygłasza pan Ziemkiewicz to jeszcze mu wybaczam bo nie wiadomo, skąd on pochodzi… Ale kiedy słyszę w takim transie ojca Rydzyka, albo jakiegoś biskupa to sorry, ale pytam się kim oni są? Raczej nie chrześcijanami, bo chrześcijanin czyta Ewangelię i stara się żyć z nią w zgodzie. A tutaj jest albo nieznajomość, albo totalne pomylenie priorytetów. Ideologia, którą tworzy się w celu zwalczania innej ideologii jest gorsza niż ta, z którą walczy. Jednym słowem – chrześcijanie walczący ze sobą są gorsi od ateistów i robią więcej szkody niż wszyscy ateiści razem wzięci. Ot, dlaczego wolę ateistów. A Jezus w przedwczorajszej liturgii Słowa powiedział do każdego z nas:  “Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.” (Mt 5,43-48) Zachęcam do analizy i do modlitwy…

h1

Jadę do Medjugorie.

19 czerwiec 2008

Pierwszy raz usłyszałem o Medjugorie w 1997 roku. Wstąpiłem wtedy do Zakonu i odbywałem roczny nowicjat w Poznaniu. Chyba w październiku przyjechał do naszego kościoła o. Slavko Barbaric, który był wtedy kustoszem sanktuarium w Medjugorie. Prowadził nabożeństwo maryjne, głosił naukę i był z nami podczas adoracji. Pamiętam podniosłą atmosferę tamtego spotkania. Od tamtej pory marzyłem aby kiedyś pojechać do Medjugorie. Moje pragnienie pogłębiło się, kiedy wszedłem w tematy walki z nałogami i usłyszałem o siostrze Elwirze oraz Cenacolo. Pół roku temu przyszła do mnie pewna znajoma, która powiedziała, że chciałaby bardzo abym pojechał do Medjugorie dlatego uzbierała dla mnie pieniądze i teraz mi je daje, aby w najbliższym czasie wybrał się do Chorwacji. Zdębiałem. Ale przyjąłem dar z myślą o wakacyjnym wyjeździe. Teraz zbliżają się wakacje. Wyjazd mam już załatwiony. Im jednak bliżej tego terminu mam coraz więcej wątpliwości. Przeczytałem wczoraj stary już artykuł jednego z naszych ojców o Medjugorie, w którym ukazuje fałszywość objawień. Co Wy sądzicie na ten temat? Ja wiem, że objawienia nie są mi potrzebne do wiary. Nie jadę tam oglądać zjawy, albo słuchać jej słów. Chcę tam pojechać bo ludzie się tam nawracają więc może i mnie się to przytrafi. Jednak po przeczytaniu tych krytycznych tekstów mam wątpliwości. Jeśli to szatan podszywa się pod Gospę (tak nazywają Chorwaci Matkę Bożą) to przecież może mi to raczej zaszkodzić. Czekam na Wasze komentarze.

Oto adres stron z owymi artykułami, o których wspomniałem:

http://www.mateusz.pl/czytelnia/ck-mwk.htm

http://mateusz.pl/czytelnia/wg-kzw.htm

h1

Co ma wspólnego indyk ze świątynią Opatrzności…?

16 czerwiec 2008

Już widzę te oburzone miny, które przeklną mnie na sam widok tego, co dałem w tytule i nad tekstem. O ile ktoś ten tekst przeczyta… Już od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem uzewnętrznienia tego, co myślę w tym temacie. Powiem jednak szczerze, nie spodziewałem się, że to właśnie abp. Nycz, którego bardzo cenię na tle całego polskiego episkopatu, otworzy sezam mojej złośliwości. Kiedy bowiem ogłosił Święto Dziękczynienia dla Archidiecezji Warszawskiej pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło to indyk… Przecież w USA zabija się indyka z okazji właśnie Święta Dziękczynienia. Czyżby polski hierarcha chciał przeszczepić na nasz czysty i mega ortodoksyjny grunt, zgniłą i materialistyczną tradycję amerykańską? O zgrozo! Chybaż nie… Nagle dowiedziałem się , że nie ma to nic wspólnego z USA, lecz jest typowo polskie – dziękowanie. Ha! Typowo polskie…? Od kiedy to Polak dziękuje? Polak potrafi narzekać, ale nie dziękować. Bo niby za co. Polska biedna, ludzie chorzy, rządzi Tusk, poza tym odpadamy z Euro… I mamy dziękować… Za co? Jako jedyny naród na pytanie “jak się masz” odpowiadamy zwyczajowo “okropnie” zamiennie z “fatalnie”. I jakiś tam katolicki klecha będzie nam mówił, że mamy dziękować. To chyba jakaś kaczka dziennikarska, albo raczej dziennikarski indyk… Zadajmy sobie pytanie, po co tego typu święto w Polsce? Już pomińmy fakt, że Ksiądz Biskup musi jakoś zarobić na Świątynię Opatrzności, pomysł swojego kolegi, poprzednika (skądinąd jeszcze bardziej zacnego). Zapytajmy o ideę. Mamy za co dziękować? Oj chyba mamy. Bo w sumie jeśli tak pomyśleć, że w tej charakterologicznej niewdzięczności trwaliśmy przez tysiąc lat i ostaliśmy się, to już jest cud. Powiem tak, to moja teoria. Jeśli ktoś patrzy za siebie i widzi tylko czarne chmury, jeśli patrzy dookoła siebie i też widzi to samo, wtedy najlepszym lekarstwem jest powiedzieć, wbrew logice i paradoksalnie DZIĘKUJĘ. Wtedy uwalniam się od jeszcze jednej czarnej chmury, która pojawia się w mojej głowie. Poza tym, jeśli ktoś dziękuje to znaczy, że jest wolny od czerni, sam przenosi się w biel. Wtedy staje się wolny. A dopiero człowiek wolny może być twórczy. Czy nie tak? A tak większość polskiego narodu narzeka, wylewa swój kwas naokoło i drzemie. Tak samo jest z wieloma chrześcijanami. Więcej “dziękuję” w życiu nam potrzeba. Oto mój manifest. Co ma wspólnego Świątynia opatrzności z indykiem? Tak wygląda jakby Opatrzność Boża właśnie sprawiła, że urodziliśmy się w tym miejscu i w tym czasie. Wielokrotnie wydaje się to być raczej dopustem Bożym aczkolwiek mając tak trudne warunki do wzrastania możemy naprawdę stać się doskonali. Czego życzę sobie i czytelnikom mojego bloga. Amen!

h1

czym jest miłosierdzie?

15 czerwiec 2008

Jakieś półtora roku temu, kiedy pracowałem w innej szkole niż obecnie wydarzyła się pewna historia, którą chciałbym dzisiaj wspomnieć. Otóż pod drzwi klasztoru przybłąkał się biedna psina. Przez kilka dni pracownicy naszego klasztoru próbowali go złapać. Nie dał się. Widocznie ktoś musiał wcześniej bardzo go skrzywdzić skoro tak bał się ludzi. Nasza pani z kuchni nosiła mu jedzenie. Pewnego dnia, pewna pani pracująca w szkole, w której uczyłem zwróciła mi uwagę, że też widziała jakiegoś wychudzonego psa, któremu trzeba pomóc. Oczywiście stwierdziła, że to zakonnicy powinni w pierwszym rzędzie mu pomóc. Kiedy po raz kolejny spotkałem się z tą panią zrobiła mi wręcz awanturę, że dominikanie są bez serca gdyż nie zaopiekowali się pieskiem. Fakt, że trochę ją sprowokowałem mówiąc iż pieska zabrał pan, który prowadzi wietnamską restaurację. Po co ja znów opowiadam tę historyjkę na początek. Dlatego, że w dzisiejszej Ewangelii Jezus pokazuje nam czym jest prawdziwe miłosierdzie. My czasem robimy frasobliwe miny na widok cierpiących, gdy słyszymy o jakiś tam chorobach, czy biedzie też rozdziera nam się serce. Mówimy jednak, że nic przecież nie możemy zrobić no bo cóż… my tu, oni tam… A już najbardziej to się wzruszamy pieskami, kotkami i innymi biednymi stworzonkami. Ja nie jestem przeciwnikiem tych, którzy dbają o los zwierząt wręcz przeciwnie, to też może być miłosierdzie. Jednak co ja robię autentycznie, aby pomóc ludziom? Jezus dzisiaj lituje się, ale zaraz ma konkretną receptę na ludzką biedę. Miłosierdzie to nie jest biadolenie, to nie jest ronienie łez na serwetkę. Miłosierdzie to konkret życia. Jezus daje apostołom władzę nad duchami nieczystymi, władzę leczenia chorób i słabości. Jezus wie, że to nie są przelewki. On wyposaża apostołów do walki. Nie do rywalizacji, lecz do walki wręcz. Do walki ze złym. On czyha, jak lew ryczący szukając kogo pożreć… Powiesz: „hola, hola, ja nie mam takich darów, jak apostołowie. Wszystko nauczyliśmy się przekładać na ludzkie klocki. Jak czegoś nie mogę dotknąć to nie istnieje. Żyjemy w strasznie zmaterializowanym świecie. Otóż większe miłosierdzie okazać mogę innym kiedy będę się starał z nimi być. Nie tylko jednak materialnie, ale duchowo. Modlisz się za te wszystkie biedne dzieci? Modlisz się w ogóle? Jeśli Ty się nawrócisz to uczynisz największy czyn miłosierdzia wobec tych, którzy z Tobą żyją… A dzisiaj siedzisz i znów po raz kolejny nie przystąpisz do komunii, bo co…? Tak smucisz się nad biedą świata a nie widzisz swojej biedy. Gdybyś ty zlitował się wreszcie nad sobą, nad swoją duszą, ona potrzebuje twojego miłosierdzia. Kiedy dokonasz tego fundamentalnego czynu miłosierdzia wobec siebie wtedy będziesz w stanie nieść miłosierdzie innym. A tak skąd masz mieć te wszystkie dary? Jezus dzisiaj, podczas tej Eucharystii daje Ci władzę wypędzenia złego ducha ze swego serca, moc uzdrowienia Twojej duszy. Jest nią Eucharystia. A Ty co? Biadolisz, że nie możesz…? Bo jesteś zbyt pyszny i dumny? Nawróć się i pierwsze czyny podejmij!

h1

PIELGRZYMKA DOMINIKAŃSKA

15 czerwiec 2008

Już niebawem, 3 sierpnia rozpocznie się kolejna dominikańska pielgrzymka na Jasną Górę. Duszpasterstwo szkół średnich przy naszym klasztorze oraz inne wspólnoty parafialne biorą w niej udział. Zapraszamy każdego, kto chciałby spędzić czas na modlitwie i wędrowaniu. Jeśli miałbym krótko scharakteryzować czym różni się ta pielgrzymka od innych to napisałbym “zero pozerstwa i sztywniactwa – maksimum prawdy i wolności!” Byłem w swoim życiu kilka razy na pielgrzymkach. Przez kilka lat chodziłem w pielgrzymce wychodzącej z mojego miasta rodzinnego, a więc z Łodzi. Nie chcę krytykować, ale jakoś diecezjalne pielgrzymki już mnie nie rajcują. Gdy poznałem dominikańską od razu wiedziałem, że to coś dla mnie. Rok rocznie wędruje nas około tysiąca osób. W różnych grupach zbierają się osoby zaangażowane w naszych dominikańskich duszpasterstwach. Wpisowe 70 zł. Dokładnych informacji zaczerpnąć można wchodząc bezpośrednio na stronę pielgrzymki, której link znajdziecie na moim blogu po prawej stronie. Co jeszcze? My tarnobrzeżanie zawsze idziemy w grupie co się nazywa “JTS”. Jest to skrót od nazw trzech miast, których duszpasterstwa tworzą tę grupę – Jarosław, Tarnobrzeg, Sandomierz. Tak więc z Tarnobrzega wyjeżdżamy już 2 sierpnia, nocujemy w Krakowie i stamtąd razem z innymi wyruszamy 3 sierpnia rano. Zapraszam!

h1

NIE POTRAFIĘ ROZMAWIAĆ…

15 czerwiec 2008

Jestem księdzem. To już raczej każdy wie. W związku z profesją, którą się zajmuję mam do czynienia z wieloma różnymi ludźmi. W kościele obserwuję ich zachowania, w konfesjonale słucham ich grzechów, w duszpasterstwie próbuję zmierzyć się z ich problemami, w szkole odpowiedzieć na pytania itd. Mam też okazję ot tak zwyczajnie rozmawiać. Nie jest to zboczenie zawodowe, ale najbardziej lubię rozmawiać o życiu duchowym, o Bogu… Myślę, że to “dobre zboczenie”, które powinno być udziałem każdego wierzącego chrześcijanina. Że tak nie jest to inna sprawa… Kiedy więc rozpoczynamy dyskusję o sprawach duchowych, sprawach związanych z Bogiem bardzo często odnoszę wrażenie, że albo wchodzimy w klimat rozważań “odlecianych” (im bardziej abstrakcyjnie tym lepiej), albo spychamy religię do roli technika, który ma za zadanie upraktycznić nam życie. Ja przyznam się szczerze czasem, gdy zaczynam z kimś rozmawiać i jego “problemach” zupełnie nie rozumiem o co temu człowiekowi chodzi. Czy to jedynie sprawa odmienności każdego z nas? Czy wystarczy odpowiedź, że każdy z nas jest inny i dlatego inaczej postrzega Boga i sprawy wiary…? Wydaje mi się, że nie. Problem leży głębiej moim zdaniem. Jak my o duchowości rozmawiamy? Czyśmy nie zapomnieli, że żadna duchowość nie istniałaby, gdyby nie Stwórca, Zbawiciel i Pocieszyciel? Jednym słowem – czy nie zapomnieliśmy o Bogu osobowym, który stoi za duchowością? To nie jest sprawa tylko technik, modlitw, medytacji, klimatów i rytuałów. Gdy mówimy o Bogu paradoksalnie najczęściej Jego samego pomijamy. Zauważyłem, że niektórzy księża unikają nawet (mam nadzieję, że nieświadomie) mówienia o Jezusie wprost. Używają określeń typu “ten Bóg”, “z tym Bogiem” itd. Jak często właśnie w kazaniach ani razu można nie usłyszeć imienia JEZUS, albo określenia NASZ PAN, MÓJ PAN. Mówimy np. “jadę na rekolekcje nawrócić się” albo “muszę się bardziej uduchowić”, “muszę się naładować” itd. To nie jest czepianie się słów. Bo przecież jest zasada, że lex orandi, lex credendi, tzn. to co mówisz wskazuje na to jak wierzysz. Zwróćmy uwagę na to, że Bóg jest Osobą. Jeśli tak to oczekuje od nas osobowej relacji. To z kolei oznacza, że będziemy się do Niego zwracali używając określeń osobowych i o Nim będziemy rozmawiali w ten sam sposób. W tym tkwiła siła pierwszych chrześcijan. Oni świadczyli wobec siebie i mówili o działaniu Jezusa w ich codziennym życiu. Jezus dla nich żył tu i teraz. Kiedy zacząłem wchodzić w Odnowę w Duchu Świętym na początku denerwowało mnie mówienie na każdym kroku o “moim Jezusie” i mieszanie Go we wszystko. Ale z czasem zauważyłem, że przebywając w towarzystwie tych ludzi sam bardziej zacząłem widzieć Jezusa działającego w moim życiu. To było ich świadectwo. Ono przechodzi z ust do ust, z ust do uszu i dalej. A bez konkretnego Jezusa i Jego konkretnego działania nie ma świadectwa. Ja nawróciłem się dzięki temu. Teraz Jezus w moim sercu dopomina się dalej kontynuacji tego. Brakuje mi w rozmowach chrześcijan samego Jezusa. Zapominamy o Nim, albo nawet wstydzimy się tak zwyczajnie o Nim mówić. Jeszcze ktoś uzna nas za fundamentalistów. Czy zgadzacie się ze mną? Ja nie umiem udzielić komuś odpowiedzi na pytanie “dlaczego mam się spowiadać?” Bo ten człowiek widocznie nie ma jeszcze żadnej relacji osobowej z Jezusem. Gdyby ją miał wtedy sam Jezus podpowiedziałby mu po co i dlaczego. A tak trzeba zacząć od fundamentów a nie od pytania o spowiedź. Tak samo z antykoncepcją, czystością przedmałżeńską i innymi tak zwanymi “drażliwymi” tematami. Nie da się wytłumaczyć tubylcowi zasady działania silnika spalinowego, jeśli on na oczy samochodu nie widział. Najpierw fundamenty. Dlatego czasem nie potrafię rozmawiać…