h1

NIE POTRAFIĘ ROZMAWIAĆ…

15 czerwiec 2008

Jestem księdzem. To już raczej każdy wie. W związku z profesją, którą się zajmuję mam do czynienia z wieloma różnymi ludźmi. W kościele obserwuję ich zachowania, w konfesjonale słucham ich grzechów, w duszpasterstwie próbuję zmierzyć się z ich problemami, w szkole odpowiedzieć na pytania itd. Mam też okazję ot tak zwyczajnie rozmawiać. Nie jest to zboczenie zawodowe, ale najbardziej lubię rozmawiać o życiu duchowym, o Bogu… Myślę, że to “dobre zboczenie”, które powinno być udziałem każdego wierzącego chrześcijanina. Że tak nie jest to inna sprawa… Kiedy więc rozpoczynamy dyskusję o sprawach duchowych, sprawach związanych z Bogiem bardzo często odnoszę wrażenie, że albo wchodzimy w klimat rozważań “odlecianych” (im bardziej abstrakcyjnie tym lepiej), albo spychamy religię do roli technika, który ma za zadanie upraktycznić nam życie. Ja przyznam się szczerze czasem, gdy zaczynam z kimś rozmawiać i jego “problemach” zupełnie nie rozumiem o co temu człowiekowi chodzi. Czy to jedynie sprawa odmienności każdego z nas? Czy wystarczy odpowiedź, że każdy z nas jest inny i dlatego inaczej postrzega Boga i sprawy wiary…? Wydaje mi się, że nie. Problem leży głębiej moim zdaniem. Jak my o duchowości rozmawiamy? Czyśmy nie zapomnieli, że żadna duchowość nie istniałaby, gdyby nie Stwórca, Zbawiciel i Pocieszyciel? Jednym słowem – czy nie zapomnieliśmy o Bogu osobowym, który stoi za duchowością? To nie jest sprawa tylko technik, modlitw, medytacji, klimatów i rytuałów. Gdy mówimy o Bogu paradoksalnie najczęściej Jego samego pomijamy. Zauważyłem, że niektórzy księża unikają nawet (mam nadzieję, że nieświadomie) mówienia o Jezusie wprost. Używają określeń typu “ten Bóg”, “z tym Bogiem” itd. Jak często właśnie w kazaniach ani razu można nie usłyszeć imienia JEZUS, albo określenia NASZ PAN, MÓJ PAN. Mówimy np. “jadę na rekolekcje nawrócić się” albo “muszę się bardziej uduchowić”, “muszę się naładować” itd. To nie jest czepianie się słów. Bo przecież jest zasada, że lex orandi, lex credendi, tzn. to co mówisz wskazuje na to jak wierzysz. Zwróćmy uwagę na to, że Bóg jest Osobą. Jeśli tak to oczekuje od nas osobowej relacji. To z kolei oznacza, że będziemy się do Niego zwracali używając określeń osobowych i o Nim będziemy rozmawiali w ten sam sposób. W tym tkwiła siła pierwszych chrześcijan. Oni świadczyli wobec siebie i mówili o działaniu Jezusa w ich codziennym życiu. Jezus dla nich żył tu i teraz. Kiedy zacząłem wchodzić w Odnowę w Duchu Świętym na początku denerwowało mnie mówienie na każdym kroku o “moim Jezusie” i mieszanie Go we wszystko. Ale z czasem zauważyłem, że przebywając w towarzystwie tych ludzi sam bardziej zacząłem widzieć Jezusa działającego w moim życiu. To było ich świadectwo. Ono przechodzi z ust do ust, z ust do uszu i dalej. A bez konkretnego Jezusa i Jego konkretnego działania nie ma świadectwa. Ja nawróciłem się dzięki temu. Teraz Jezus w moim sercu dopomina się dalej kontynuacji tego. Brakuje mi w rozmowach chrześcijan samego Jezusa. Zapominamy o Nim, albo nawet wstydzimy się tak zwyczajnie o Nim mówić. Jeszcze ktoś uzna nas za fundamentalistów. Czy zgadzacie się ze mną? Ja nie umiem udzielić komuś odpowiedzi na pytanie “dlaczego mam się spowiadać?” Bo ten człowiek widocznie nie ma jeszcze żadnej relacji osobowej z Jezusem. Gdyby ją miał wtedy sam Jezus podpowiedziałby mu po co i dlaczego. A tak trzeba zacząć od fundamentów a nie od pytania o spowiedź. Tak samo z antykoncepcją, czystością przedmałżeńską i innymi tak zwanymi “drażliwymi” tematami. Nie da się wytłumaczyć tubylcowi zasady działania silnika spalinowego, jeśli on na oczy samochodu nie widział. Najpierw fundamenty. Dlatego czasem nie potrafię rozmawiać…

6 komentarzy

  1. Może to będzie zbyt osobiste… ale niech tam…
    Przez ostatnie dwa tygodnie nie chciałeś ojcze ze mną rozmawiać, albo rozmowy były krótkie i dla mnie stresujące, a ja miałam tyyle spraw i pytań do omówienia…. Zaczęłam wreszcie rozmawiać o tym i o Tobie z Jezusem przed obrazem oblicza Jezusa z całunu turyńskiego. Trwało to kilka dni, w tym czasie uzyskałam odpowiedzi na niektóre pytania, inne stały się nieważne, moje pretensje zniknęły, a ja zrozumiałam dlaczego tak się stało. Osobista rozmowa z Jezusem daje poczucie że jest on Osobą, nie tylko duchem. Kiedy będę umieć z Nim rozmawiać będę również o Nim mówić. Przynajmniej tak to widzę u siebie- najpierw z Nim a o Nim wtedy łatwiej.
    Żartem – twoja nieumiejętność rozmawiania też może przynieść korzyść.


  2. ależ naturalnie, że najpierw z Nim a później o Nim. Tak jest łatwiej. Jednakże myślę, że czasem rozmowy chrześcijan o Jezusie wprost, o Jego działaniu mogą być zachętą dla tych, którzy z Nim jeszcze nie rozmawiają.


  3. Chyba tak…Obserwuję w miejscu swojej pracy ze jest jakaś bojaźń, nieśmiałość w ludziach aby rozmawiać o Bogu. Czasem ktoś powie – “jednak bozia nade mną czuwa!” W rozmowach indywidualnych “w cztery oczy” jest już lepiej, większa odwaga, swoboda… ( czasem ktoś później zwraca się z pytaniem o wyjaśnienie czegoś) “Na forum” więcej odwagi natomiast jest do rozmów o Kościele.
    Kiedyś moja znajoma opowiadała mi o tym co aktualnie dzieje się w jej rodzinie, o tym jak Bóg czynił i czyni nadal cuda, jaki Jezus jest wspaniały i dobry… i mówiła że ma ochotę teraz iść na najruchliwsze skrzyżowanie w Tarnobrzegu i wszystkim przechodzącym mówić o tym … Była taka radosna…Ja wtedy cieszyłam się że ją spotkałam, bo byłam w raczej smutnym nastroju, a ona dała mi trochę tej radości. Myślę sobie dzisiaj – gdyby poszła rzeczywiście np. na “plac czerwony” i głosiła by dobroć Bożą – czy ktoś by ją słuchał…? Może jednak potrzeba takich odważnych, wszędzie – nie tylko na placach i ulicach – dla przełamania tej strefy ciszy.
    A kto ma być tym odważnym…? Niech nikt z nas nie zwalnia się z tej odpowiedzialności. Życzę odwagi – sobie również!


  4. A jednak zdarzyło się (i to nie raz) pewnej osobie mówić o Bogu na Placu Czerwonym. Tyle, że ona sama nie doświadczyła osobiście spotkania z NIM. Jak można się domyślić, to, co opowiadała ludziom było nieszczere, nie wierzyła w to co mówi. Brak wiarygodności zawsze ludzi odpycha. A wieczorem straszliwe wyrzuty sumienia.
    Najpierw z Nim, a później o Nim..
    A swoją drogą zauważył Ojciec, że ludzie praktycznie zawsze, jeśli już rozmawiają o Bogu to jego “ludzkości”, nie o boskości, nie jako o NIM, ale jako o nim lub też krążą wokół Jego tematu byleby nie powiedzieć tego wprost, chociaż to wynika właśnie z braku osobistych relacji z Bogiem. Ludziom można mówić i tysiąc razy dlaczego powinno się spowiadać, nie stosować antykoncepcji itp, ale dopóki sami nie doświadczą żywego Boga to będzie to jak grochem o ścianę. Nasuwa mi się takie pytanie: więc żeby w ogóle pogadać o Bogu i takich właśnie “drażyliwych” sprawach należy czekać do momentu aż się człowiek nawróci??


  5. A jednak zdarzyło się (i to nie raz), że ktos mowil o Bogu na Placu Czerwonym. Tyle, że on sam nie doświadczyl osobiście spotkania z NIM. Jak można się domyślić, to, co opowiadała ludziom było nieszczere, nie wierzyła w to co mówi. Brak wiarygodności zawsze ludzi odpycha. A wieczorem straszliwe wyrzuty sumienia.
    Najpierw z Nim, a później o Nim..
    A swoją drogą zauważył Ojciec, że ludzie praktycznie zawsze, jeśli już rozmawiają o Bogu to jego “ludzkości”, nie o boskości, nie jako o NIM, ale jako o nim lub też krążą wokół Jego tematu byleby nie powiedzieć tego wprost, chociaż to wynika właśnie z braku osobistych relacji z Bogiem. Ludziom można mówić i tysiąc razy dlaczego powinno się spowiadać, nie stosować antykoncepcji itp, ale dopóki sami nie doświadczą żywego Boga to będzie to jak grochem o ścianę. Nasuwa mi się takie pytanie: więc żeby w ogóle pogadać o Bogu i takich właśnie “drażyliwych” sprawach należy czekać do momentu aż się człowiek nawróci??


  6. hmm teraz mnie troche wbiło w fotel. Przyznam szxzerze, że uważałam się za osobe nawróconą już w okresie liceum, a minęło już pare lat, to muszę przyznać, że kiedyś odbyłam taką spowiedź w owym czasie, że miałam wrażenie, że to w ogóle Jezus do mnie nie orzemawia, tylko ksiądz… i nie podobało mi sie to, co mówił, jak kazał postapić, bo czułam, że to jest zło… i właśnie wtedy zastanawiałam się nad sensem spowiedzi. Myślałam, że przecież Jezus odpuścił mi winy, kiedy tylko je popełniłam, a w sakramencie pokuty i pojednania, mam poprostu okazać skruchę, żałować, naprawić szkody, tarać się być lepsza i wolałam osobistą rozmowę z Jezusem i słuchać, co do mnie mówi. I to był właśnie okres mojej świętokradzkiej Komunii. Ale czułam, że te fundamenty mam.
    Osoba wyżej pisze: ‘Ludziom można mówić i tysiąc razy dlaczego powinno się spowiadać, nie stosować antykoncepcji itp, ale dopóki sami nie doświadczą żywego Boga to będzie to jak grochem o ścianę.’ A ja pytam, czy wydaje Ci się, że jeśli ktoś naprawde uwierzy w Boga, to nie popełni już grzechów? To nie jest takie proste…



Dodaj komentarz