Archiwum z sierpień, 2008

h1

świadkowie Jehowy

28 sierpień 2008

„Uśmiech w szponach aktówki i krawata”

Chciałbym bardzo być obiektywnym, kiedy wypowiadam się o wierzących inaczej niż ja. Jestem jednak świadom, że nie jest to w stu procentach możliwe. Już na początku przepraszam wszystkich tych, którzy moim tekstem poczują się nawet w najmniejszym stopniu urażeni. Daję słowo, że nie jest moim zamiarem osądzanie. To zostawiam Panu Bogu. Jednakże skazywałbym siebie i swoją wiarę na powolne obumieranie, gdybym inne religie (w tym szczególnie sekty, a za taką uważam Świadków Jehowy) uznał za tak samo prowadzące do Boga jak chrześcijaństwo, w jego katolickiej wersji. Ale do rzeczy. Owa obiektywność, o której wspomniałem na początku jest utrudniona przez przynajmniej dwa fakty. Po pierwsze jestem kapłanem, dominikaninem więc niejako moim powołaniem jest rugowanie wszelkiego rodzaju herezji, a po drugie zbyt wiele wiem o Świadkach Jehowy. Przez dwa lata, regularnie uczęszczałem na spotkania zboru oraz brałem czynny udział w tzw. studium biblijnym. Nie zostałem nigdy ochrzczony, lecz uważałem się za Świadka Jehowy. Czekałem na pełnoletniość, aby móc samemu podjąć taką decyzję. To było w 7 klasie szkoły podstawowej oraz na przełomie klasy 8 i pierwszej klasy licealnej. Miałem więc wtedy 14/15 lat. Ktoś powie, że to niewiele i tak młody człowiek mało wie o świecie i o życiu. To prawda. Aczkolwiek moje dojrzewanie było nieco przyspieszone przez różne przykre fakty z mojego domu, o których nie chcę tutaj wspominać. W szkole podstawowej uczyła mnie języka rosyjskiego pani, która Świadkiem Jehowy już była. To ona wciągnęła mnie w organizację (tak Świadkowie nazywają swoją religię…). Co się stało, że odszedłem? No cóż… wystarczyłoby powiedzieć – Boża Opatrzność, ale o szczegółach kiedy indziej.

Kiedy postanowiłem napisać słów kilka o Świadkach Jehowy szukałem jakiegoś tytułu, który w krótki i zwięzły sposób uchwyciłby sedno sprawy, o której chcę pisać. Udało się to za sprawą pierwszego skojarzenia, jakie chyba wielu z nas ma o Świadkach. To jest aktówka, krawat i szeroki uśmiech. Czyż nie? Każdy młody adept „badaczy Pisma Świętego” (taka była pierwotna nazwa religii) wie dobrze o tym, że aby przynajmniej poczuć się jak Świadek należy mieć aktówkę, ładny garnitur i krawat. Kiedy pierwszy raz przyszedłem do zboru w ten właśnie sposób ubrany spotkałem się z szerokimi uśmiechami swoich „współbraci”. Te atrybuty „świadkowości” bardzo trafnie charakteryzują doktrynę oraz podejście indywidualne każdego ze Świadków do wiary. Zbór to przede wszystkim organizacja, która ma za zadanie tak przygotować wierzących, by byli jak najlepszymi urzędnikami. Oczywiście poza słowem organizacja żaden Świadek nie nazwie się urzędnikiem. Jednak de facto tak jest. Zdobywa się kolejne szczeble w hierarchii zboru dzięki coraz większej doskonałości. Dobry Świadek Jehowy to ktoś, kto potrafi w odpowiednio wyznaczonym czasie rozprowadzić jak największą ilość czasopism („Strażnica” i „Przebudźcie się!”). To ktoś, kto chodzi regularnie na wszystkie spotkania do Sali Królestwa i kongresy. No i trzeba mieć kogoś „zainteresowanego” tzn. osobę, z którą dyskutuje się na tematy biblijne by wciągnąć ją do organizacji. Najpierw zachęca się więc do prenumerowania jakiejś gazetki (oczywiście gratis), później proponuje się studium Biblii a później wszystko się samo toczy. Wierność członka wobec organizacji określa się szeregiem statystyk. Nawet sami przełożeni określają się w sposób, który sugeruje nam urzędniczy charakter wiary – ciało kierownicze. Hmmm… Aż mi teraz dreszcze przechodzą. Ale ktoś powie, że nie ma w tym nic złego gdyż tak dużą organizację trzeba ująć w jakieś formalne ramy. Dzięki tym wszystkim formom Świadkowie Jehowy naprawdę sprawnie działają. Muszę w tym miejscu przyznać, że nie spotkałem się już nigdy później z tak poukładanymi i zorganizowanymi ludźmi wiary. Kiedy pojechałem na pierwszy w moim życiu kongres wszystko chodziło jak w zegareczku. Tam niczego nie było przez przypadek. Tego życzyłbym naszemu Kościołowi i Zakonowi. Niestety w takiej atmosferze zabija się spontaniczność i kreatywność. Wiara jest tylko spełnianiem oczekiwań organizacji, która jest nieomylnym przekaźnikiem woli Boga Jehowy. Spróbujcie zapytać kiedyś Świadka Jehowy, jaka jest jego osobista relacja z Panem Bogiem. Kim On jest dla nich tak osobiście. Czy poza ogólnikami będzie potrafił wam odpowiedzieć? Chyba nie. I tutaj leży główny problem. Chrześcijaństwo jest zbudowane na osobistej więzi z Bogiem Ojcem i Jego Synem Jezusem w mocy Ducha Świętego. Dlaczego głoszę prawdę o Bogu? Bo jestem w nim zakochany a nie dlatego, że takie jest wymaganie mojej organizacji, którą jest Zakon Dominikański. Wielokrotnie nie głoszę wcale Jezusa bo za mało Go kocham, ale za to nikt mnie nie wyrzuca z Zakonu, ani z Kościoła. Poza tym nie muszę chodzić wszędzie z aktówką i pod krawatem tzn. w habicie… Zezwala mi się na kreatywność i spontaniczność. Dlatego jestem katolikiem a nie Świadkiem Jehowy.

h1

zostaw umarłym grzebanie umarłych

28 sierpień 2008

„Zostaw umarłym, grzebanie ich umarłych.”

To trudny fragment Ewangelii. Jezus często posługuje się ostrymi stwierdzeniami zapewne po to, żeby uwypuklić główną treść swojej wypowiedzi. W tym fragmencie chodzi głównie o to, by „sprawy Boga” stawiać na pierwszym miejscu. Nie zmienia to jednak faktu, że niepokoi nas to określenie „umarli”. Po pierwsze trzeba zrozumieć, że nie musi wcale chodzić o materialny pogrzeb kogoś bliskiego. Widziałbym tutaj przede wszystkim usprawiedliwianie się powołanego człowieka. On szuka tylko odpowiedniej wymówki. Ojciec Jacek Salij w jednym ze swoich internetowych artykułów pisze, iż więzy rodzinne były w tamtych czasach tak gęste i rozgałęzione, że odejście syna nie mogłoby spowodować pozostawienia ojca na pastwę losu. Jednym słowem, na pewno ktoś zaopiekowałby się starym, albo umierającym ojcem. Ale, co począć ze słowami Jezusa jeśli rzeczywiście chodzi tu o pogrzeb? Przypominacie sobie zapewne inne, bardzo mocne słowa, które wypowiedział kiedyś Pan: „Kto ojca lub matkę miłuje bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien”. Święty Grzegorz Wielki zapytuje jak to możliwe, że Jezus nakazuje miłować nieprzyjaciół a mieć w nienawiści rodziców. Chodzi tutaj chyba o to, aby zrozumieć, że jeśliby miłość do rodziców miała stać się przeszkodą w miłości do Boga to taka więź musi być wrogą dla chrześcijanina. Nic nie może mi Boga zasłaniać. Wracając do wcześniej cytowanego artykułu ojca Jacka Salija podam tutaj jeszcze jedną, bardzo ciekawą interpretację tych słów. Otóż w Starym Testamencie grzebanie umarłych jest jednym z najważniejszych obowiązków Prawa. Wielokrotnie odnajdujemy wzmianki o grzebaniu proroków, patriarchów i wodzów narodu wybranego. Są jednak także bardzo szczegółowe przepisy dotyczące nieczystości rytualnej, którą zaciągnąć można przez bezpośredni kontakt z ludzkimi zwłokami. Te przepisy szczególnie mocno dotyczyły kapłanów a wyjątkowo arcykapłana. Otóż arcykapłanowi nie wolno było uczestniczyć nawet w pogrzebie swych najbliższych, gdyż raz w roku, na Święto Paschy wchodził do Świętego Świętych i musiał być nieskazitelnie czysty (koszerny). Stąd nasuwa się porównanie każdego chrześcijanina do arcykapłana. Przecież w kapłaństwie Chrystusa wszyscy stanowimy lud święty i wybrany. Oczywiście nie należy przekładać tego na zakaz uczestniczenia w pogrzebach. Jednakże trzeba sobie uzmysłowić, jak ważne dla chrześcijanina powinno być zabieganie tylko o sprawy Boże.

h1

pomysł na posta…

25 sierpień 2008

Dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze i piękny, i młody, sympatyzowałem ze Świadkami Jehowy. Oni twierdzili i jak sądzę twierdzą nadal, że jednym ze znaków końca świata jest skracający się stopniowo czas. Jeśli to twierdzenie jest prawdą, muszę stwierdzić, że koniec świata dokona się chyba na dniach… Dopiero przed chwilką wyjeżdżałem do Chorwacji na urlop a teraz, za sześć dni muszę znów iść na rozpoczęcie roku szkolnego. Czas pędzi niemiłosiernie. Gdy zaczynały się wakacje pomyślałem, że jak wrócę będę potrafił coś więcej napisać na moim obleganym blogu. A jest odwrotnie. O czym? O wojnie w Gruzji, pokoju, wojnie i nienawiści; o Olimpiadzie, słabych wynikach Polaków, Państwie Środka, Tybecie i totalitaryzmie; o Robercie Kubicy, wyścigach i determinacji… A może jakieś inne…? Postanowiłem zatem zapytać Was. O czym byście chcieli poczytać? Może macie jakieś pytania, albo chcielibyście dowiedzieć się jakie mam zdanie na jakiś konkretny temat. Ten blog jest mój, ale Wy też możecie mieć w nim udział. Co Wy na to? Czekam.