„Przykład św. Dominika, który całą duszą pragnął zbawienia wszystkich ludzi i narodów, powinien braciom uświadamiać, że i oni zostali posłani do wszystkich ludzi, społeczności i narodów, do wierzących i niewierzących, a zwłaszcza do ubogich, by oddać swe siły dziełu ewangelizacji i zakładaniu Kościoła wśród pogan, a oświecania i umacniania wiary wśród ludu już chrześcijańskiego.”
(Księga Konstytucji i Zarządzeń, Braci Zakonu Kaznodziejów)
Patrząc na utrzymującą się na wysokim poziomie ilość powołań do życia kapłańskiego i zakonnego w Polsce, dziwi fakt tak małego udziału w misyjnej działalności Kościoła powszechnego właśnie Polaków. W porównaniu z krajami, gdzie ilość powołań jest mała wypadamy słabo. Zamknęliśmy się w swoim spokojnym światku i wolimy zachować status quo. Dlaczego tak jest? Wydaje mi się, że cała formacja chrześcijańska w naszym kraju, łącznie z formacją kapłańską i zakonną jest bardzo zachowawcza i zamknięta. Ewangelia zamiast nas uskrzydlać powoduje, że nabieramy do wszystkiego tzw. „zdrowego dystansu” i na wszystko spoglądamy sceptycznym okiem. A przecież Chrystus, nasz Mistrz i Pan gdy tylko wybrał dwunastu od razu ich rozesłał na różne strony by głosili Dobrą Nowinę. Może szkopuł tkwi w tym, że my do końca nigdy nie doświadczyliśmy przemieniającej mocy Słowa Bożego. Jeśli nie to nie mamy, co głosić. Rzeczywiście głosić możemy tylko to, co jest w nas, w środku, co jest dla nas bardzo ważne, bo zmieniło totalnie nasze życie. Tylko wtedy, gdy Jezus Chrystus dotknął łaską Ducha naszego serca, czujemy wewnętrzny przymus by dzielić się tą wielką radością. I każdy, do którego pójdziemy z tą Nowiną wyczuje, czy my mówimy prawdę. Jezus jest obiektywnie prawdą, drogą, życiem… Ale czy my tego doświadczyliśmy we własnym życiu. On musi żyć w nas, aby mógł zacząć żyć w słowach, które wypowiadamy, w znakach, które działamy i wreszcie by przez te słowa i znaki zaczął żyć w innych. Może Kościół w Polsce czuje intuicyjnie, że nie ma zbyt wiele do zaoferowania i dlatego tak niewielu jedzie na misje.
Kiedyś, jak miałem więcej wolnego czasu, grałem na komputerze w taką grę, co się nazywała „Kozacy”. To była gra strategiczna. Polegała ona na tworzeniu własnych państw, w których budowało się domy, sklepy, zamki, mosty, wydobywało się różne złoża, itd. Można było postawić też na rozwój wojska i zdobywać nowe tereny. Zauważyłem, że wolałem siedzieć w jednym miejscu, budować coraz doskonalsze domy i zamki, unowocześniać armię i odpierać ataki z zewnątrz niż podjąć ekspansywną politykę. Myślę, że podobnie jest z nami w Polsce. Cały czas bawimy się we własnej piaskownicy. Uważamy, że całą siłę należy skierować na rozwój osobisty. Poza tym, że ciągle się między sobą kłócimy o bzdury, zapominamy że prawdziwy osobisty rozwój przychodzi, gdy pomagamy rozwijać się innym. Niewielu jest to dane zrozumieć. Nie twierdzę, że każdy ma jechać teraz na misje, ale uważam, że powinniśmy bardziej ofiarnie odpowiadać na głos Boga, który dając nam liczne powołania i jeszcze dosyć silną wiarę, chyba czegoś od nas oczekuje. A tak zakopujemy skarby w ziemi, one zaś butwieją.




