Świadkowie Jehowy
– manipulacja w dobrej wierze…?
Uczestniczyłem kilka lat temu w dwutygodniowym szkoleniu retorycznym, które prowadził pan doktor Marek Kochan* z Uniwersytetu Warszawskiego. Był to tzw. obóz retoryczny zorganizowany przez braci dominikanów. Po części teoretycznej przez kilka dni przygotowywaliśmy przemówienia i kazania, nagrywaliśmy je na video oraz omawialiśmy na podstawie wcześniejszych instrukcji. Nasz wykładowca i instruktor, powiedział wtedy rzecz, którą pamiętam do dzisiaj. Sparafrazuję tę wypowiedź. Jeśli masz do sprzedania, twoim zdaniem bardzo atrakcyjny produkt i chcesz go dobrze sprzedać, musisz go najpierw odpowiednio opakować. Nie sprzedaje się perfum „Chanel” w opakowaniu po kiszonej kapuście. To prawda. Widzę to codziennie, jak przyswajalność przekazywanej przeze mnie nauki w szkole zależy od formy jej podania. Podobnie jest w duszpasterstwie, w konfesjonale itd. Jednak podczas tych samych warsztatów z retoryki zauważyłem jak wąska jest granica między przekonywaniem do wartości sprzedawanego produktu a manipulacją. Tym bardziej jest ona cienka, gdy ma się do zaproponowania tak cenny „produkt”, jakim jest Ewangelia, czyli Dobra Nowina o zbawieniu. Z jednej strony jest to sprawa najwyższej wagi, dla której poświęcić trzeba niejednokrotnie bardzo wiele, z drugiej zaś strony trzeba zawsze pamiętać o wolnej woli ewentualnych słuchaczy, czyli „nabywców” owego „cennego produktu”. Może się bowiem okazać, że w obronie Ewangelii oraz w celu Jej głoszenia używamy tych samych środków, co sprzedawcy telewizorów, pralek oraz pasty do zębów. „Numer jeden na świecie”, „najlepsza z najlepszych” , „doda ci skrzydeł” , „sprawi, że twoje życie nabierze kolorów” – to tylko niektóre spośród haseł, których można by było użyć. Czy jest prawdą, że człowiek, który wybiera prawdę i zaczyna iść za Bogiem od razu staje się bezsprzecznie szczęśliwy? Czy przynależenie do jakiejkolwiek organizacji ludzkiej zapewnia mi zbawienie? Czy jeśli nie będę się schludnie ubierał to od razu mam zapewniony wstęp do nieba? A jeśli chce być sobą, totalnym indywidualistą, ale pełnym miłości wobec ludzi i wobec Boga, czy nie będę zbawiony? Czy to, że komuś się nie podoba strój, w którym chodzę przekreśla mnie w oczach Boga? Kto decyduje o zbawieniu? Ja czy Bóg? Jakakolwiek organizacja (nawet Kościół), czy też Bóg, który jest jedynym sędzią? Jednym ze sposobów oddziaływania na słuchacza jest nawiązanie z nim kontaktu. Pokazanie w pierwszych słowach przemówienia, że łączy go z nami jakaś więź. Co to może być? Ot np. w wielkim, zimnym kościele do tłumu siedzącego w drewnianych ławkach wystarczy powiedzieć: „Kochani, wiem, że Wam zimno, wiem, że ławki są niewygodne i dlatego
postaram się nie mówić zbyt długo”. Słuchacz od razu czuje więź z mówcą. Pamiętam jednak zasadę dra Kochana – przyjdź pół godziny wcześniej do tego kościoła, na tą salę i usiądź na miejscu słuchaczy, w pierwszym, w środkowym i w ostatnim rzędzie. Sprawdź jak stamtąd widać, słychać. Ja bym dodał – pomódl się za swoich słuchaczy, poproś Boga o pomoc w dotarciu do ich serc. Bardzo cienka jest granica w przemawianiu, granica po której przekroczeniu zaczynamy wywierać nacisk metodami, które nazywają się manipulacją. Trzeba bardzo uważać, aby tej granicy nie przekroczyć.
W najogólniejszym sensie manipulacja oznacza wywieranie wpływu na człowieka, posługiwanie się nim i sterowanie wbrew jego woli. Samo zaś słowo manipulacja pochodzi od łacińskiego manus pellere, co oznacza trzymać dłoń w czyjejś dłoni, mieć kogoś w ręce. Czy rozpoczynanie rozmowy o Bogu od nauki o końcu świata oraz od udowadniania, że wszystkie znaki z Apokalipsy właśnie się sprawdzają nie jest manipulacją. Chcę, aby ktoś doszedł do określonych wniosków więc podsuwam mu odpowiednio przygotowane argumenty. Do tego dołączam działanie emocji – bo przecież nawet jeśli nie drżę podczas mówienia o końcu świata to jednak wywołuję określone emocje u słuchacza opowiadając mu, że musi się nawrócić bo Pan jest już blisko. Czy rzeczywiście strach przed końcem świata może być dobrą motywacją do przyjęcia wiary? A może raczej pokazanie miłosiernego oblicza Ojca… Zapewne ktoś zwróci mi uwagę, że przecież Kościół też straszy piekłem a Świadkowie Jehowy nie uznają istnienia piekła. To prawda, czasem spotykam się ze straszeniem ludzi. To nie jest metoda, którą pochwalam. Sam czasem mówię o piekle i o diable, lecz tylko po to by uświadomić chrześcijanom jego realność i zagrożenie. Poza tym wiara to bardzo delikatny temat. Nie mogę będąc „autorytetem w tej dziedzinie” wykorzystywać swoich umiejętności w celu zdobycia nowego wiernego. Celem moich działań powinna być zawsze miłość do ludzi i pragnienie ich zbawienia. Wtedy każdy człowiek jest podmiotem a nie przedmiotem moich działań.
„Teokratyczna szkoła służby kaznodziejskiej” – oto tytuł jednej z instruktarzowych książeczek z której nauki i porady czerpią Świadkowie Jehowy. Bardzo żałuję, że nie zostawiłem sobie różnych książeczek po zerwaniu kontaktów ze Świadkami. Pamiętam jednak, że w momencie, gdy w blokach zaczęły pojawiać się domofony uczono nas, jak rozmawiać przez domofon. Co należy powiedzieć, aby nas wpuszczono do bloku. Już wtedy wydawało mi się to dziwne a teraz widzę to jednoznacznie, jako manipulację.
Uważam jednak, że Świadkowie Jehowy wychowani na metodach „Strażnicy” nawet nie są świadomi złych metod, które stosują, tzn. nie złych w tym sensie, że nieskutecznych. Wręcz przeciwnie. Mimo wszystko sposób głoszenia przez nich Dobrej Nowiny pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia w kwestii pozostawienia możliwości wyboru odbiorcy zasłyszanej treści.
* Marek Kochan urodził się 1969 roku jest po pierwsze wykładowcą retoryki i erystyki w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Kiedyś – jako stypendysta Rządu Republiki Włoskiej odbył staż badawczy na Uniwersytecie w Padwie. Specjalizuje się w zagadnieniach perswazji językowej, autoprezentacji i kreowania wizerunku. Jest m.in. autorem książki “Slogany w reklamie i polityce”. Przez studentów wspominany jako jeden z najlepszych wykładowców na UW. Sam niżej podpisany również podpisuje się pod tym stwierdzeniem. Jako ekspert współpracuje też z agencjami public relations. Prowadzi szkolenia w zakresie wystąpień publicznych, kontaktów z mediami i skutecznego prezentowania własnego stanowiska w publicznych sporach przeznaczone dla menedżerów, prawników, polityków, wysokich urzędników państwowych, rzeczników prasowych oraz specjalistów PR. Jako prozaik zadebiutował w 1996 roku powieścią “Franquizea”. Jest także autorem scenariuszy telewizyjnych i zbioru opowiadań “Ballada o dobrym dresiarzu”. W ramach projektu Teren Warszawa napisał dramat “Holyfood”. Jego proza była tłumaczona na węgierski i serbochorwacki. Mieszka w Warszawie










