Archiwum z listopad, 2008

h1

Świadkowie Jehowy

29 listopad 2008

Świadkowie Jehowy

– manipulacja w dobrej wierze…?

28423Uczestniczyłem kilka lat temu w dwutygodniowym szkoleniu retorycznym, które prowadził pan doktor Marek Kochan* z Uniwersytetu Warszawskiego. Był to tzw. obóz retoryczny zorganizowany przez braci dominikanów. Po części teoretycznej przez kilka dni przygotowywaliśmy przemówienia i kazania, nagrywaliśmy je na video oraz omawialiśmy na podstawie wcześniejszych instrukcji. Nasz wykładowca i instruktor, powiedział wtedy rzecz, którą pamiętam do dzisiaj. Sparafrazuję tę wypowiedź. Jeśli masz do sprzedania, twoim zdaniem bardzo atrakcyjny produkt i chcesz go dobrze sprzedać, musisz go najpierw odpowiednio opakować. Nie sprzedaje się perfum „Chanel” w opakowaniu po kiszonej kapuście. To prawda. Widzę to codziennie, jak przyswajalność przekazywanej przeze mnie nauki w szkole zależy od formy jej podania. Podobnie jest w duszpasterstwie, w konfesjonale itd. Jednak podczas tych samych warsztatów z retoryki zauważyłem jak wąska jest granica między przekonywaniem do wartości sprzedawanego produktu a manipulacją. Tym bardziej jest ona cienka, gdy ma się do zaproponowania tak cenny „produkt”, jakim jest Ewangelia, czyli Dobra Nowina o zbawieniu. Z jednej strony jest to sprawa najwyższej wagi, dla której poświęcić trzeba niejednokrotnie bardzo wiele, z drugiej zaś strony trzeba zawsze pamiętać o wolnej woli ewentualnych słuchaczy, czyli „nabywców” owego „cennego produktu”. Może się bowiem okazać, że w obronie Ewangelii oraz w celu Jej głoszenia używamy tych samych środków, co sprzedawcy telewizorów, pralek oraz pasty do zębów. „Numer jeden na świecie”, „najlepsza z najlepszych” , „doda ci skrzydeł” , „sprawi, że twoje życie nabierze kolorów” – to tylko niektóre spośród haseł, których można by było użyć. Czy jest prawdą, że człowiek, który wybiera prawdę i zaczyna iść za Bogiem od razu staje się bezsprzecznie szczęśliwy? Czy przynależenie do jakiejkolwiek organizacji ludzkiej zapewnia mi zbawienie? Czy jeśli nie będę się schludnie ubierał to od razu mam zapewniony wstęp do nieba? A jeśli chce być sobą, totalnym indywidualistą, ale pełnym miłości wobec ludzi i wobec Boga, czy nie będę zbawiony? Czy to, że komuś się nie podoba strój, w którym chodzę przekreśla mnie w oczach Boga? Kto decyduje o zbawieniu? Ja czy Bóg? Jakakolwiek organizacja (nawet Kościół), czy też Bóg, który jest jedynym sędzią? Jednym ze sposobów oddziaływania na słuchacza jest nawiązanie z nim kontaktu. Pokazanie w pierwszych słowach przemówienia, że łączy go z nami jakaś więź. Co to może być? Ot np. w wielkim, zimnym kościele do tłumu siedzącego w drewnianych ławkach wystarczy powiedzieć: „Kochani, wiem, że Wam zimno, wiem, że ławki są niewygodne i dlatego preachingpostaram się nie mówić zbyt długo”. Słuchacz od razu czuje więź z mówcą. Pamiętam jednak zasadę dra Kochana – przyjdź pół godziny wcześniej do tego kościoła, na tą salę i usiądź na miejscu słuchaczy, w pierwszym, w środkowym i w ostatnim rzędzie. Sprawdź jak stamtąd widać, słychać. Ja bym dodał – pomódl się za swoich słuchaczy, poproś Boga o pomoc w dotarciu do ich serc. Bardzo cienka jest granica w przemawianiu, granica po której przekroczeniu zaczynamy wywierać nacisk metodami, które nazywają się manipulacją. Trzeba bardzo uważać, aby tej granicy nie przekroczyć.

W najogólniejszym sensie manipulacja oznacza wywieranie wpływu na człowieka, posługiwanie się nim i sterowanie wbrew jego woli. Samo zaś słowo manipulacja pochodzi od łacińskiego manus pellere, co oznacza trzymać dłoń w czyjejś dłoni, mieć kogoś w ręce. Czy rozpoczynanie rozmowy o Bogu od nauki o końcu świata oraz od udowadniania, że wszystkie znaki z Apokalipsy właśnie się sprawdzają nie jest manipulacją. Chcę, aby ktoś doszedł do określonych wniosków więc podsuwam mu odpowiednio przygotowane argumenty. Do tego dołączam działanie emocji – bo przecież nawet jeśli nie drżę podczas mówienia o końcu świata to jednak wywołuję określone emocje u słuchacza opowiadając mu, że musi się nawrócić bo Pan jest już blisko. Czy rzeczywiście strach przed końcem świata może być dobrą motywacją do przyjęcia wiary? A może raczej pokazanie miłosiernego oblicza Ojca… Zapewne ktoś zwróci mi uwagę, że przecież Kościół też straszy piekłem a Świadkowie Jehowy nie uznają istnienia piekła. To prawda, czasem spotykam się ze straszeniem ludzi. To nie jest metoda, którą pochwalam. Sam czasem mówię o piekle i o diable, lecz tylko po to by uświadomić chrześcijanom jego realność i zagrożenie. Poza tym wiara to bardzo delikatny temat. Nie mogę będąc „autorytetem w tej dziedzinie” wykorzystywać swoich umiejętności w celu zdobycia nowego wiernego. Celem moich działań powinna być zawsze miłość do ludzi i pragnienie ich zbawienia. Wtedy każdy człowiek jest podmiotem a nie przedmiotem moich działań.

w2000„Teokratyczna szkoła służby kaznodziejskiej” – oto tytuł jednej z instruktarzowych książeczek z której nauki i porady czerpią Świadkowie Jehowy. Bardzo żałuję, że nie zostawiłem sobie różnych książeczek po zerwaniu kontaktów ze Świadkami. Pamiętam jednak, że w momencie, gdy w blokach zaczęły pojawiać się domofony uczono nas, jak rozmawiać przez domofon. Co należy powiedzieć, aby nas wpuszczono do bloku. Już wtedy wydawało mi się to dziwne a teraz widzę to jednoznacznie, jako manipulację.

Uważam jednak, że Świadkowie Jehowy wychowani na metodach „Strażnicy” nawet nie są świadomi złych metod, które stosują, tzn. nie złych w tym sensie, że nieskutecznych. Wręcz przeciwnie. Mimo wszystko sposób głoszenia przez nich Dobrej Nowiny pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia w kwestii pozostawienia możliwości wyboru odbiorcy zasłyszanej treści.

* Marek Kochan urodził się 1969 roku jest po pierwsze wykładowcą retoryki i erystyki w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Kiedyś – jako stypendysta Rządu Republiki Włoskiej odbył staż badawczy na Uniwersytecie w Padwie. Specjalizuje się w zagadnieniach perswazji językowej, autoprezentacji i kreowania wizerunku. Jest m.in. autorem książki “Slogany w reklamie i polityce”. Przez studentów wspominany jako jeden z najlepszych wykładowców na UW. Sam niżej podpisany również podpisuje się pod tym stwierdzeniem. Jako ekspert współpracuje też z agencjami public relations. Prowadzi szkolenia w zakresie wystąpień publicznych, kontaktów z mediami i skutecznego prezentowania własnego stanowiska w publicznych sporach przeznaczone dla menedżerów, prawników, polityków, wysokich urzędników państwowych, rzeczników prasowych oraz specjalistów PR. Jako prozaik zadebiutował w 1996 roku powieścią “Franquizea”. Jest także autorem scenariuszy telewizyjnych i zbioru opowiadań “Ballada o dobrym dresiarzu”. W ramach projektu Teren Warszawa napisał dramat “Holyfood”. Jego proza była tłumaczona na węgierski i serbochorwacki. Mieszka w Warszawie

h1

Szczuka

24 listopad 2008

co wy o tym sądzicie? Czy człowiek inteligentny w ten sposób wypowiada się o innych? Chociaż nie jestem słuchaczem ani wielbicielem Radia Maryja to tego typu wypowiedzi mnie obrażają. Pani Szczuka i Pan Wojewódzki obrażają nie religię, lecz ludzi.

h1

kameduli

22 listopad 2008

Życie pustelnicze – egoizm…?

kameduli

Moja fascynacja kamedułami szła w parze z odnowieniem mojej wiary dzięki Odnowie w Duchu Świętym. Obok tego szły też coraz częstsze i intensywniejsze kontakty z ludźmi uzależnionymi, szczególnie z narkomanami. Muszę zaznaczyć, że moje nawrócenie dokonało się dopiero w Zakonie, właśnie dzięki odnowie charyzmatycznej. Ja wtedy po raz pierwszy doświadczyłem realnej obecności Boga w moim życiu. On był przy mnie przez całe wcześniejsze życie, lecz ja tego nie dostrzegałem i nie było we mnie wdzięczności. Ale przecież nie mam zamiaru pisać tutaj o moim nawróceniu. Chcę tylko zwrócić uwagę na fakt, że można być w Zakonie nienawróconym. Ja tak spędziłem cztery lata. Jest bardzo ścisły związek między moim nawróceniem, pracą z narkomanami oraz zainteresowaniem eremityzmem. Odkrywszy raz obecność Jezusa w moim życiu zapragnąłem Go szukać wszędzie. Chciałem Go wszędzie widzieć. Nagle zobaczyłem Go w modlitwie, później w śpiewie, w moich współbraciach, w przełożonych, w codziennych obowiązkach, wreszcie w narkomanach. Nigdy bardziej intensywnie niż wtedy tego nie odczuwałem. Chrystus uchylił przede mną fragment swojej Twarzy i to na krótką chwilę a ja chciałem ją dalej oglądać. Szukałem kierownika duchowego. Byłem u karmelitów a ci skierowali mnie do kamedułów. Kiedy po raz pierwszy wszedłem do eremu na Bielanach moje serce rozpłynęło się w jednej sekundzie. Była zima, śnieg, cisza… Poczułem tam Boga. Nic nie musiałem robić. Nawet nie zacząłem się modlić. Nic. Nagle poczułem Jego obecność. To było totalne doświadczenie, ono ogarnęło mnie całego. Od tamtej pory chodziłem tam prawie na każdą popołudniową przechadzkę. Wreszcie, kiedy zaczęła się zbliżać data moich ślubów wieczystych w Zakonie Kaznodziejskim postanowiłem pojechać tam na rekolekcje własne. Spędzone na Bielanach dziesięć dni pamiętam do dzisiaj. Inaczej w-designwyglądało to wszystko od zewnątrz a inaczej od środka. Wstawanie o 3:00 w nocy, długie i monotonne modlitwy, czas na rozważanie Pisma Świętego, Eucharystia, spacery i kładzenie się spać o 20:00. To wszystko na początku trudne i nużące, po trzech dniach zaprowadziło mnie na wewnętrzny dziedziniec mojego serca. Tam natomiast spotkałem Boga. On już nie uchylił rąbka swojej twarzy, On pokazał mi się cały. Moje serce przepełniała radość, pokój i pewność, jakich nigdy przedtem ani nigdy potem nie odczuwałem w takiej ilości i intensywności. To było mistyczne doświadczenie. Wtedy powiedziałem do siebie: gdzie jest najwłaściwsze dla Ciebie miejsce? Tutaj, w sercu Boga. Najwłaściwsze, bo wszystkie sprawy o które zabiegasz, problemy które chcesz rozwiązać, ludzie którym chcesz pomóc, to wszystko ma tutaj swój początek i wypełnienie. Zawsze chciałem być użyteczny. Tam właśnie, taki się czułem – użyteczny. Pan widocznie chciał, abym doświadczył i zrozumiał, co jest najważniejsze w pracy apostolskiej. To jest więź z Nim. Nic tego nie zastąpi. Widzę to teraz bardzo wyraźnie. Kiedy brak mi modlitwy, która zbliża mnie autentycznie do Jezusa tracą skuteczność wszelkie moje działania. Tylko miłość do Boga, czyli wiara żywa sprawia, że odnajduję sens tego, co robię. Bo po co głosić Dobrą Nowinę? Po co się wysilać i tracić nerwy wobec ludzi, którzy i tak Ewangelii nie chcą? Z wdzięczności. Z tęsknoty, aby znów spotkać Boga, twarzą w twarz. Do jest dla mnie konkret, to nie jest abstrakcja. Dla mnie życie pustelnicze nie jest egoizmem. Jest altruizmem w najczystszej formie. Nie ma życia bardziej „dla innych”. Widzę głęboki  związek pomiędzy kamedułami i narkomanami. Zobaczyłem to wtedy. Narkomania to choroba z samotności i na samotność się umiera. Ludzie czują się niepotrzebni, inni, puści i samotni. Ucieczką stają się narkotyki, które paradoksalnie prowadzą do jeszcze większej pustki i samotności. Samotność, którą odczuwa każdy z nas można bowiem wypełnić tylko Bogiem. On zapełniając moje serce swoją obecnością sprawia, że nigdy nie czuję się samotny, nawet gdyby wszyscy mnie odrzucili. Samotność przeżywana zatem bez Boga, prowadzi do piekła, samotność przeżywana z Bogiem, prosto do nieba samego.

h1

kameduli

21 listopad 2008

KAMEDULI

Sam nie wiem dlaczego, ale od kilku chwil nieodparcie chodzą mi po głowie wspomnienia z eremu kamedułów, na Bielanach, w Krakowie. Może trzeba się za nich modlić… Byłem tam tuż przed ślubami wieczystymi. Chciałem ciszy i czasu na zastanowienie. Tam br-emmanuelostatecznie podjąłem decyzję by zostać dominikaninem. Chociaż powiem szczerze – chciałem tam zostać. Ten czas był cudowny. Później co chwilę jeździłem odwiedzać Bielany. Przez dwa lata się tam spowiadałem. Najpierw u ojca Benedykta, później u Ambrożego i wreszcie u Maksymiliana. Ale tamte 10 dni w eremie było niezapomniane. To był czas od Boga. I wspaniały brat Emmanuel… Jeśli chcecie więcej to wejdźcie na stronę

http://www.fundacjakameduli.pl/

Kompletna cisza, modlitwa, ja i ON – czego więcej do szczęścia…?

Marzy mi się jeszcze kiedyś tam pojechać, ale czy to będzie to samo?

Obejrzyjcie ten krótki film. Nic nie znalazłem o kamedułach. Ten jest o kartuzach, ale oddaje klimat, o który mi chodzi.

h1

piosenka

16 listopad 2008

lekko zmanierowany wokalista, ale piękny głos i piosenka – polecam.

h1

misje

13 listopad 2008

niezwykły film – poecam (świetna muzyka)

h1

modlitwa o uzdrowienie

12 listopad 2008

Lekarstwem jest wdzięczność

 

healing_of_the_blind_man_jekel„Zmierzając do Jerozolimy Jezus przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła.” (Łk 17,11-19)

Kiedy dotyka nas cierpienie w jakiejkolwiek postaci wtedy zły duch od razu podejmuje próbę zawładnięcia nami przy pomocy cierpienia. Jak to się staje? Otóż podpowiada nam, że to, co nas spotyka jest albo karą za grzechy albo jawną niesprawiedliwością Pana Boga. Pomaga nam skupić się na sobie i przeżywać nasze cierpienie w totalnym egoizmie. Zaczyna sączyć jad do naszych serc. Cierpienie wydaje nam się całym naszym światem. Istnieje tylko ono i my. Pogłębia się nasza samotność i wydaje nam się, że już nic nie da się zrobić. Najprostszym lekarstwem, aby pozbyć się chociaż części owej samotności jest narzekanie, zrzędzenie i obwinianie wszystkich wokoło, czasem łącznie z Panem Bogiem. Taka postawa prowadzi do zupełnego odcięcia się człowieka od źródła uzdrowienia, którym jest zgoda na wolę Bożą. Ale zgoda przepełniona dziękczynieniem. Zgoda wypływająca z radości, że mogą się na mnie objawić wielkie dzieła Boże. Taka zgoda nie wyklucza modlitwy o uzdrowienie, lecz dopiero modlitwa przepełniona akceptacją i dziękczynieniem może przynieść prawdziwe zdrowie. Taka była chyba różnica między owym samarytaninem, którego Jezus uzdrowił z paraliżu a pozostałymi dziewięcioma. Oni pozostali chorzy. Tylko jeden został uzdrowiony do samego końca. Tak naprawdę to on sam, swoim dziękczynieniem dokończył dzieła uzdrowienia, które rozpoczął Jezus. Pozostali nawet nie wiemy, czy dotarli do świątyni.

A jak ja podchodzę do trudności które spotykają mnie na drodze mojego życia? Otwieram serce na łaskę Boga przez dziękczynienie, czy zamykam je wylewając z siebie ocean pretensji i żalu?

h1

misje

11 listopad 2008

NOWA STRONA

Serdecznie zapraszam na nową stronę internetową, na której znajdziecie prawie wszystko o misjach, które prowadzą polscy dominikanie. Polecam uwadze!

www.misje.dominikanie.pl

h1

modlitwa o wiarę

10 listopad 2008

464140864_f612c23556

MODLITWA

„Jezus powiedział do swoich uczniów: Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych. Uważajcie na siebie. Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu. I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: żałuję tego, przebacz mu. Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna.” (Łk 17,1-6)

Jak trudno zachować wiarę, gdy wszyscy obok ją tracą. Jak trudno zachować wiarę, gdy twoi bracia się jej sprzeniewierzają. Jak wielką trzeba mieć wiarę, kiedy inni do tej wiary zniechęcają. Bardzo trudno chcieć, gdy innym się nie chce. Gdy inni chcą zachować status quo, trudno wprowadzać zmiany. Gdy inni ciągle coś mają ci za złe trudno przebaczać. Gdy tylko patrzą na ciebie, trudno wymagać od innych. Aby przenieść morwę do morza potrzeba wiary wielkości ziarnka gorczycy. Ile wiary potrzeba by poruszyć serce drugiego człowieka? Ile wiary potrzeba by zachować własną patrząc na zgorszenia wokoło? Daj mi Panie, całą garść wiary! Nie chcę przesadzać drzew, ani przesuwać gór. Chcę jedynie zachować marzenia, ideały i wiarę, że można żyć Twoim Słowem. A jeśli wiarę utracę przywiąż mi kamień młyński do szyi i…

h1

Kościół…

9 listopad 2008

CZY JEZUS SIĘ POMYLIŁ?ktos1

Dzisiaj jak wszyscy wiedzą obchodzimy Święto rocznicy poświęcenia bazyliki na Lateranie. Wszedłem dzisiaj na kilka blogów, poczytałem trochę artykułów i komentarzy właśnie na temat Kościoła. Dzisiejsze święto skłoniło mnie do napisania tego posta.

Czym jest Kościół, skąd się wziął, po co istnieje i jak to możliwe, że jest właśnie taki? Na początku wrócę do etymologii słowa Kościół. Słowo kościół wzięło swój początek od greckiego słowa έκκλησία [ekklesia], które oznacza dosłownie społeczność, zgromadzenie wywołanych lub zwołanie. Żyjemy pośród ludzi i każda organizacja, instytucja, społeczność, czy wspólnota mieć będzie ludzki charakter. Do ludzkiego charakteru należy popełnianie błędów i wypaczeń. Jeśli ktoś liczy na to, że znajdzie na tym świecie idealne miejsce to wcześniej, czy później przeżyje wielkie rozczarowanie. Tak jest w szkole, w pracy, w zakonach, we wspólnotach parafialnych, w małżeństwie, w klasztorze itd. Wszędzie trzeba w pierwszym rzędzie zdobyć się na więcej niż odrobinę cierpliwości, wyrozumiałości i tolerancji. Tym, którym się wydaje, że największym ich problemem są ludzie obok nich znajdują się w wielkim błędzie bo największy problem dla mnie samego stanowię ja sam. Znane jest przysłowie „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Zawsze, gdy lepiej poznamy miejsce, w którym żyjemy zaczynamy dostrzegać więcej jego wad niż zalet. Gdy mamy mało wytrwałości, cierpliwości czyli w gruncie rzeczy słabą wolę wtedy skłonni jesteśmy szybko rezygnować z walki. Składamy broń i odchodzimy w inne miejsce, gdyż tam na pewno jest o wiele lepiej. Gdy tam idziemy okazuje się po jakimś czasie to samo. Kiedy wstąpiłem do zakonu już po kilku miesiącach zacząłem widzieć wady moich współbraci. Potrafiłem skrzętnie wyliczyć pomyłki moich przełożonych. Czy to była nieprawda? Nie, ich pomyłki i błędy istniały i istnieją w sposób obiektywny. Ja jednak potrafiłem wysnuwać na podstawie tych faktów niestworzone osądy. Kilka razy chciałem wystąpić uważając, że raczej zakon nie jest miejscem dla mnie. Ilekroć widziałem wady innych skłaniało mnie to bardzo pesymistycznych wniosków. Jednak z czasem nauczyłem się patrzeć na to, co ja mogę zrobić, aby nie było aż tak źle. Okazywało się, że praca nad sobą chociaż o wiele trudniejsza, jest jednak o wiele owocniejsza i daje więcej pokoju. Nie twierdzę, że już zupełnie się z tym uporałem, ale myślę, że jestem na dobrej drodze.

Kościół jest zarazem instytucją (składa się z hierarchii – papież, stpeter-apos2biskupi, księża, diakoni, zakonnicy i zakonnice) oraz Wspólnotą wiernych uznających Jezusa Chrystusa jako Boga i Brata. Nie da się uniknąć ludzkiego elementu tej wspólnoty wierzących. Podobnie jak było z narodem wybranym. Czy mało jest miejsc, w których izraelici obrażali Boga, gdzie oddawali cześć innym bożkom, gdzie schodzili z drogi przymierza a wkraczali na drogę odstępstwa. A jednak Jahwe nazywa Izrael swoją Oblubienicą, czystą i bez skazy. Jak to? Przecież ta zepsuta kasta rządzących kapłanów i arcykapłanów, faryzeuszów i saduceuszów powinna zostać zmieciona z powierzchni ziemi przez gniew Boży. A jednak Bóg nie ustaje w miłości. To właśnie Jego nieskończona miłość sprawiała, że naród wybrany stawał się ciągle coraz bardziej święty. Nie dlatego, że był bez wad. „Moc bowiem w słabości się doskonali”. Gdyby naród wybrany realizował Boże zamiary będąc po ludzku idealnym to cóż za chwała spłynęłaby na Jahwe? Dopiero, dlatego że Bóg potrafi tak wielkich rzeczy zdziałać, na tak słabym materiale, dlatego jemu cześć i chwała na wieki! Kościół popełniał, popełnia i będzie popełniać błędy. A jednak jest święty, a jednak jest Mistycznym Ciałem Chrystusa bo Jezus za niego oddał swoje życie, przelał swoją Krew. Czy Jezus się pomylił? Może Jezus popełnił błąd oddając Kościół w ręce Piotra? Przecież na początku mógł nie wiedzieć, że Piotr Go zdradzi, ale jak już przekonał się na własnej skórze to mógł zmienić swoje decyzje. On jednak trzykrotnie mówi to Piotra „paś owce moje”. Tak jakby chciał nas przekonać – nie pomyliłem się! Jak to się nie pomylił? A błędy, a grzechy, a niewierność, pójście na skrhangmenóty, wojny religijne, inkwizycja itd.? Czy to nie są dowody na to, że Kościół nie jest dziełem Boga? A nawet jeśli był na początku to już raczej teraz nie jest. Nie! Kościół był, jest i będzie dziełem Boga. Tam nie ma żadnej pomyłki. Chrystus wybrał to, co słabe w oczach świata… Nie chcę być przewrotny, bo można tutaj popaść w taką skrajność, że oto teraz należy grzeszyć a wtedy Pan Bóg będzie mnie jeszcze bardziej czynił świętym. To byłaby jakaś paranoja – alleluja i do przodu! Kościół to wspólnota ludzi, którzy z determinacją dążą do świętości a po drodze popełniają błędy, gdyż są tylko ludźmi. Wiedzą jednak, że zawsze jest z nimi Jezus, który mimo ich wad i słabości pomoże im wybudować coś, czego bramy piekielne nie przemogą. To jest świątynia w ich sercach, świątynia wiary i miłości. Oto, co myślę dzisiaj o Kościele. Tym On jest dla mnie. A Wy jakie macie zdanie na ten temat?