
kameduli
22 listopad 2008Życie pustelnicze – egoizm…?
Moja fascynacja kamedułami szła w parze z odnowieniem mojej wiary dzięki Odnowie w Duchu Świętym. Obok tego szły też coraz częstsze i intensywniejsze kontakty z ludźmi uzależnionymi, szczególnie z narkomanami. Muszę zaznaczyć, że moje nawrócenie dokonało się dopiero w Zakonie, właśnie dzięki odnowie charyzmatycznej. Ja wtedy po raz pierwszy doświadczyłem realnej obecności Boga w moim życiu. On był przy mnie przez całe wcześniejsze życie, lecz ja tego nie dostrzegałem i nie było we mnie wdzięczności. Ale przecież nie mam zamiaru pisać tutaj o moim nawróceniu. Chcę tylko zwrócić uwagę na fakt, że można być w Zakonie nienawróconym. Ja tak spędziłem cztery lata. Jest bardzo ścisły związek między moim nawróceniem, pracą z narkomanami oraz zainteresowaniem eremityzmem. Odkrywszy raz obecność Jezusa w moim życiu zapragnąłem Go szukać wszędzie. Chciałem Go wszędzie widzieć. Nagle zobaczyłem Go w modlitwie, później w śpiewie, w moich współbraciach, w przełożonych, w codziennych obowiązkach, wreszcie w narkomanach. Nigdy bardziej intensywnie niż wtedy tego nie odczuwałem. Chrystus uchylił przede mną fragment swojej Twarzy i to na krótką chwilę a ja chciałem ją dalej oglądać. Szukałem kierownika duchowego. Byłem u karmelitów a ci skierowali mnie do kamedułów. Kiedy po raz pierwszy wszedłem do eremu na Bielanach moje serce rozpłynęło się w jednej sekundzie. Była zima, śnieg, cisza… Poczułem tam Boga. Nic nie musiałem robić. Nawet nie zacząłem się modlić. Nic. Nagle poczułem Jego obecność. To było totalne doświadczenie, ono ogarnęło mnie całego. Od tamtej pory chodziłem tam prawie na każdą popołudniową przechadzkę. Wreszcie, kiedy zaczęła się zbliżać data moich ślubów wieczystych w Zakonie Kaznodziejskim postanowiłem pojechać tam na rekolekcje własne. Spędzone na Bielanach dziesięć dni pamiętam do dzisiaj. Inaczej
wyglądało to wszystko od zewnątrz a inaczej od środka. Wstawanie o 3:00 w nocy, długie i monotonne modlitwy, czas na rozważanie Pisma Świętego, Eucharystia, spacery i kładzenie się spać o 20:00. To wszystko na początku trudne i nużące, po trzech dniach zaprowadziło mnie na wewnętrzny dziedziniec mojego serca. Tam natomiast spotkałem Boga. On już nie uchylił rąbka swojej twarzy, On pokazał mi się cały. Moje serce przepełniała radość, pokój i pewność, jakich nigdy przedtem ani nigdy potem nie odczuwałem w takiej ilości i intensywności. To było mistyczne doświadczenie. Wtedy powiedziałem do siebie: gdzie jest najwłaściwsze dla Ciebie miejsce? Tutaj, w sercu Boga. Najwłaściwsze, bo wszystkie sprawy o które zabiegasz, problemy które chcesz rozwiązać, ludzie którym chcesz pomóc, to wszystko ma tutaj swój początek i wypełnienie. Zawsze chciałem być użyteczny. Tam właśnie, taki się czułem – użyteczny. Pan widocznie chciał, abym doświadczył i zrozumiał, co jest najważniejsze w pracy apostolskiej. To jest więź z Nim. Nic tego nie zastąpi. Widzę to teraz bardzo wyraźnie. Kiedy brak mi modlitwy, która zbliża mnie autentycznie do Jezusa tracą skuteczność wszelkie moje działania. Tylko miłość do Boga, czyli wiara żywa sprawia, że odnajduję sens tego, co robię. Bo po co głosić Dobrą Nowinę? Po co się wysilać i tracić nerwy wobec ludzi, którzy i tak Ewangelii nie chcą? Z wdzięczności. Z tęsknoty, aby znów spotkać Boga, twarzą w twarz. Do jest dla mnie konkret, to nie jest abstrakcja. Dla mnie życie pustelnicze nie jest egoizmem. Jest altruizmem w najczystszej formie. Nie ma życia bardziej „dla innych”. Widzę głęboki związek pomiędzy kamedułami i narkomanami. Zobaczyłem to wtedy. Narkomania to choroba z samotności i na samotność się umiera. Ludzie czują się niepotrzebni, inni, puści i samotni. Ucieczką stają się narkotyki, które paradoksalnie prowadzą do jeszcze większej pustki i samotności. Samotność, którą odczuwa każdy z nas można bowiem wypełnić tylko Bogiem. On zapełniając moje serce swoją obecnością sprawia, że nigdy nie czuję się samotny, nawet gdyby wszyscy mnie odrzucili. Samotność przeżywana zatem bez Boga, prowadzi do piekła, samotność przeżywana z Bogiem, prosto do nieba samego.

Przeczytałem ten post i…zwracam honor.Zobaczyć Boga twarzą w twarz,całego-to musi być przeżycie nieporównywalne z niczym innym.Doświadczyć Absolutu w pełnym wymiarze-niejeden uznany później za świętego nie mógł tego sobie wymarzyć.Myślałem,że czeka to niektórych dopiero po śmierci,lecz nieskończony Bóg w swej dobroci czyni rzeczy,o których filozofom się nie śniło.To musiało być wspaniałe.Teraz już się nie dziwię-obcowanie z ludźmi musi być dla Ciebie Norbercie nie do zniesiena,skoro doświadczyłeś juz tego,o czym ani ucho nie słyszało,ani oko nie widziało.Bądź pochwalony na wieki.
Boże, Antyfeminist – czy Ty potrafisz czytać ze zrozumieniem…? Dlaczego ciągle w widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć? Czy potrafisz zrozumieć, że ktoś może mieć inne doświadczenia niż Ty? Nie potrafię z Tobą dyskutować. Bardzo bym chciał, ale nie potrafię… Wybacz.
Antyfeminist!
To o czym pisze ojciec Norbert w tym temacie to jest dokładnie przykład w jaki sposób objawiają się na nas wielkie dzieła Boże. A tak Ci się podobał post na ten temat….. Trzeba tylko w to tylko uwierzyć. Doświadczenie Bożej obecności nie należy spodziewać się tylko po śmierci ale można jej doświadczyć w tym życiu. Ja również jej doświadczyłam i zapewniam Cię że jest jest to możliwe. I na pewno nie jest tak, że po takim Spotkaniu obcowanie z ludźmi jest ciężarem lub nie do zniesienia, wtedy kochasz ich bardziej.
Ojcze Norbercie, przepiekne świadectwo. Muszę przyznać, że sama kiedyś rozeznając swoje powołanie, podczas mojej internetowej “wędrówki” po zakonach, natrafiłam na informacje o tym właśnie zakonie i stwierdzam, że ich charyzmat, jest tak piekny, tak pełny… Szacun:) Czytałam to kiedys w nocy i przed snem byłam tak pochłonięta rozmyslaniem o tym, jak odważne jest odłączenie sie od całego świata i bycie tylko dla Boga i życie tylko Nim. To jest postawa godna naśladowania. Sen tamtej nocy jest nie do opisania;]
Błogosławiona Krew Jezusowa!
Mam nadzieję, że moja wiara doprowadzi do tego, że też zobaczę twarz Boga, tu na Ziemi. Na razie widzaiłam pół, ale cięszę się bardzo i z tej połówki
Wspaniałe świadectwo. Już od dłuższego czasu interesuje mnie ten zakon i dużo o nim myślę. Na pewno przyjadę do klasztoru w lipcu. Ojcze jak powinienem rozpoznawać swoje powołanie ??
Pytanie dosyć banalne ale jestem ciekaw rady Ojca.
Piękne świadectwo Ojcze,
przyznam się szczerze, że moje odczucia po przekroczeniu po raz pierwszy bramy klasztoru na Bielanach było podobne. Obecność Boga. Siedziałęm w celi do której mnie zaprowadzono i płakać mi sie chciało, ze tu mnie Pan zaprosił bym trochę porozmyślał o Nim i zastanowił sie nad swoim życiem. Teraz intensywnie myślę o kapłaństwie, ale się boje stąd tez mam wątpliwosci czy pochodzi to od Pana Boga. Pozdrawiam i proszę o modlitwę
Piszesz:
Bo po co głosić Dobrą Nowinę? Po co się wysilać i tracić nerwy wobec ludzi, którzy i tak Ewangelii nie chcą? Z wdzięczności. Z tęsknoty, aby znów spotkać Boga, twarzą w twarz.
Dogłębne poznanie Boskiej miłości do ludzi sprawia, że sami tą miłością zaczynamy pałać. Z czasem nasz pogląd na ludzi upodabnia się do Boskiego. Stąd współczucie i litość, które są chyba najlepszym napędem głoszenia Dobrej Nowiny.
Myślę, że zwyczajnie po ludzku, z Panem Bogiem na marginesie zamiast w centrum nie znajdujemy wystarczającej motywacji by głosząc Dobrą Nowinę ciągle wychodzić na przeciw, ciągle zapierać się samego siebie i ciągle znosić upokorzenia. Stąd potrzeba doświadczenia Bożej Miłości w każdym z nas, bo tam, gdzie skarb twój, tam i serce twoje…