h1

cóż to jest prawda…?

30 czerwiec 2009

prawdaDo rozpoczęcia tego wątku skłonił mnie fakt, że zdarza mi się co jakiś czas spotkać ludzi, którzy są przekonani w stu procentach o błędach innych oraz o własnej nieskazitelności. To znaczy… do utwierdzenia się w przekonaniu o słabościach ludzi, którzy mnie otaczają nie potrzeba ani zbyt wielkiej inteligencji, ani przenikliwości. Wystarczy obserwować. Nieco trudniej jest odnaleźć własne wady i choroby. Paradoksalnie do tego drugiego mamy łatwiejszy dostęp a okazuje się, że odkryć to jest o wiele trudniej. Zapewne sam tutaj ideałem nie jestem, lecz zawsze gdy ktoś o coś mnie posądza, nawet wtedy gdy takie zarzuty brzmią absurdalnie, coś ściska mnie w żołądku i zaczynam się zastanawiać – a może jest w tym coś prawdziwego…? Jakoś, mimo regularnego spowiadania się, robienia sobie co wieczór rachunku sumienia, nie czuje się konfortowo, gdy ktoś mnie oskarża. W pierwszej chwili czasem “staję okoniem”, lecz z dystansu zaczynam się zastanawiać. Spotykam jednak ludzi (w różnych miejscach), którzy pomijając już to, że widzą we mnie samo zło, w sobie i w sposobie wyrażania się na mój temat nie dostrzegają nic zasługującego na krytykę. Są jak łza – bez zmarszzki i skazy… Jak to możliwe? Mnie powiem szczerze, w takich sytuacjach odejmuje mowę. Nie wiem, co powiedzieć. Przez chwilę próbuję walczyć, ale za chwilę się poddaję. Czuje tylko ucisk w żołądku. Do czego zdolni są tacy ludzie? Nie wiem, czy mam rację, ale taka postawa moim zdaniem jest przejawem sekciarstwa w czystej postaci.
Zastanawiając się nad odwiecznym problemem prawdy w naszym życiu, zadaję sobie pytanie o jej źródło. Czy można ją znaleźć w sobie? Czy istnieje coś takiego, jak “moja osobista prawda”? Czy zaglądając w swoje serce, można tam właśnie odnaleźć kryteria dotarcia do prawdy? Mam tu na myśli prawdę na swój temat, na temat swojego dojrzewania bądź błądzenia. Komu w tej kwestii zaufać?

    Co Wy sądzicie na ten temat?

4 komentarzy

  1. Przeczytałam O.Norbercie Twoje rozważania na temat “Prawdy” i trochę się ostatnio nad tym zastanawiałam. Myślę, że jest to temat na poważne rozważania psychologiczno-filozoficzne. Ale tak na szybko i nieprofesjonalnie (nie jestem wszak ani psychologiem, ani filozofem), to myślę sobie tak: trudno jest nam tak naprawdę krytycznie spojrzeć na siebie i zobaczyć swoje błędy, bo jesteśmy cały czas ze sobą, ze swoim ciałem, sercem, umysłem. A wtedy lubimy się coraz bardziej, przyzwyczajamy do niedoskonałości, akceptujemy błędy, braki, grzechy..
    To jest trochę podobnie, jak z naszym domem. Jeśli nigdzie długo nie wyjeżdżamy, przestajemy zauważać, że w kątach jest brudno, że ściany przestały mieć swój piękny kolor, że przez okna widać coraz mniej…
    Ale wystarczy wyjechać na kilka dni, pomieszkać gdzie indziej i po powrocie wszystko zauważamy tzw. świeżym okiem, dostrzegamy to, co wcześniej nas nie raziło. Zresztą to działa w obie strony, bo doceniamy też zalety naszego miłego domu. Widzimy po prostu wszystko wyraźniej.
    Myślę, że podobnie jest z nami. Jeśli zamykamy się przed innymi ludźmi, albo obracamy ciągle tylko w gronie dobrze znanych, życzliwych nam osób, zaczynamy gnuśnieć. Ale poznawanie nowych osób, rozmowy z nimi, słuchanie ich, formułowanie na nowo własnych przekonań – wszystko to staje się sposobnością do świeżego spojrzenia na siebie i zweryfikowania własnych poglądów.
    Ale, żeby móc stanąć w prawdzie przed sobą i innymi, trzeba miłości – miłości do siebie i do bliźniego. Miłość jest najważniejsza, o tym pisał Św.Paweł, o tym nauczał sam Jezus, w końcu przecież Bóg nas kocha!


  2. dziękuję Kasiu za ten wpis. Myślę, że masz rację. Opowiem pewną historyjkę, anegdotkę:
    Pewne małżeństwo mieszkało sobie przez kilka lat w jednym z domków jednorodzinnych na małej miejskiej uliczce. Obok mieszkała inna rodzina. Podwórko sąsiadów było dobrze widoczne przez okna w pokoju stołowym. Pewnego razu podczas śniadania żona spoglądając za okno dostrzegła sąsiadkę wieszającą pranie. Nie powstrzymała się by wobec męża nie skomentować, jak to jej zdaniem owa sąsiadka nie potrafi prać: “popatrz, chyba nikt jej w domu nie nauczył prać. Dlaczego to pranie jest takie niedomyte…?” Mąż siedział cicho. Mijały tygodnie i schemat krytyki sąsiedzkiego prania powtarzał się, co kilka dni. Wreszcie po kilku miesiącach podczas śniadania żona oniemiała: “Spójrz, wreszcie ktoś nauczył ją prać!” Na to spokojnie odpowiedział mąż: “nie wiem, czy ona dobrze pierze, czy też żle. Wiem jedno. Dzisiaj rano umyłem za Ciebie okna, nie myte już pół roku…”


  3. A jak spadną z oczu różowe okulary…? i objawi się szara prawda? Wtedy jest mniej przyjemnie…


  4. Po lekturze tekstów O. Norberta i Kasi moje myśli pobiegły do medykamentu “na prawdę”, którym w mojej rzeczywistości sę m.in. punkty ignacjańskiego rachunku sumienia (niestety ostatnio trochę zaniedbywanego :-( ). W tej miłosnej rozmowie z Bogiem jest się daleko „od liczenia grzechów”, a coraz bliżej miłości, o której pisze Kasia. Ignacjański rachunek sumienia – moim zdaniem – -najrzetelniej uczy poznawania prawdy – tu prawdy o sobie i w codziennych relacjach zaoferowanych nam poprzez bieżące sytuacje od porannego przebudzenia się aż do zaśnięcia poprzez badanie serca po to, aby fascynować się miłością Boga, a nie wpędzać w poczucie winy. Tym rzetelniej się to dzieje, im więcej przywołuję z poniższych zasad pierwszy i kolejne punkty rachunku sumienia, czy jak niektórzy go nazywają, miłosnej rozmowy z Bogiem lub kwadransa szczerości (tak nazywa tę modlitwę O. Augustyn).
    „Punkt 1. Dziękować Bogu Panu naszemu za o otrzymane dobrodziejstwa.
    Punkt 2. Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz.
    Punkt 3. Żądać od duszy swojej zdania sprawy od godziny wstania aż do chwili obecnego rachunku. Czynić to przechodząc godzinę po godzinie lub jedną porę dnia po drugiej, a najpierw co do myśli, potem co do słów, a wreszcie co do uczynków.
    Punkt 4. Prosić Pana Boga naszego o przebaczenie win.
    Punkt 5. Postanowić poprawę przy jego łasce.”
    Z praktyki powiem, ze wcale nie jest łatwo na początku zerwać z „liczeniem się z grzechami” i przechylić szalę swojej modlitwy ku dziękowaniu (pkt 1).
    Dopiero systematyczna modlitwa kwadransem szczerości uczy patrzenia oczyma miłości na mojego Ojca jako Boga Miłości, a nie Boga karzącego, groźnego itp.
    Na koniec jako podsumowanie chcę zacytować przywołany przez pewnego SJ, K. Osucha z Częstochowy tekst nagrobnego epitafium adresowanego dla optyka Dippolda. Treśc tego wiersza uzasadnia potrzebę patrzenia na siebie przez okulary miłości. Z treści zacytowanego niżej epitafium można wywnioskować, że jeśli „słabną nasze oczy, trzeba dobrać odpowiednie okulary. Żeby ujrzeć dobrodziejstwa Boże, za które zechcemy z serca podziękować, to wpierw trzeba sobie dobrać odpowiednie okulary. Zobaczyć cokolwiek – to niezbyt wielka sztuka. Sztuką jest tak wglądnąć w miniony dzień, by zobaczyć w nim Boga w akcji. Boga, która współdziała z nami dla naszego dobra, bo nas bardzo miłuje!” –K. Osuch na http://www.czestochowa.jezuici.pl .
    Zatem żeby zobaczyć prawdę, może trzeba sobie zafundować właściwe “okulary”?
    „Co widzisz teraz?
    Czerwone, żółte, purpurowe kule.
    Chwileczkę! Teraz?
    Ojca, siostrę, matkę.
    W porządku, a teraz?
    Rycerzy w zbrojach, piękne kobiety, miłe twarze.
    Weź te!
    Łan zboża, miasto.
    Świetnie! A teraz?
    Młodą kobietę, nad nią schyleni Aniołowie.
    Mocniejsze szkła! A teraz?
    Liczne kobiety, ich wzrok jasny, usta rozchylone.
    Weź te!
    Tylko puchar na stole.
    Aha. Spróbujmy tych szkieł.
    Tylko otwarta przestrzeń – nic określonego.
    Zgadza się. Teraz?
    Sosny, jezioro, letnie niebo.
    Te lepsze. Teraz?
    Książka.
    Przeczytaj mi stronę.
    Nie mogę, wzrok biegnie poza nią.
    Przymierz te!
    Głębia powietrza.
    Wyśmienicie! i teraz?
    Światło! Tylko światło,
    W nim każda rzecz jak zabawka.
    W porządku. Takie właśnie damy okulary”.



Dodaj komentarz