
o mnie…
Kim jestem i po co ta strona?
Dobre pytanie… Na pierwsze mniej więcej potrafię odpowiedzieć. Z drugim będę miał problemy. Zacznijmy zatem od tego “kim jestem?” Urodzony 31 maja 1978 roku w Łodzi. Tam też spędziłem 19 lat mojego życia. Po ukończonych szkołach i zdanej maturze wstąpiłem do Zakonu Kaznodziejskiego (dominikanie). W grudniu 2005 roku otrzymałem święcenia kapłańskie z rąk Księdza Biskupa Wacława Świerzawskiego (biskupa sandomierskiego). Przez trzy lata pracowałem w Tarnobrzegu. Od 1 lipca 2009 roku mieszkam i pracuję w Warszawie. Tyle ogólnych informacji o mnie. Coraz bardziej odkrywam, że poza Jezusem coraz bardziej interesuję się ludźmi. Im dłużej z nimi żyję, tym bardziej mnie intrygują. Moim marzeniem jest wyjazd na misje do Afryki. Może uda się kiedyś zrealizować te plany, dzięki uprzejmości, któregoś z prowincjałów.
Teraz “po co ta strona?” Otóż założyłem już wcześniej bloga na gazecie.pl. Niestety zniechęcił mnie do pisania brak komentarzy. Łudzę się, że ten brak był spowodowany trudnościami w obsługiwaniu bloga. Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej. O czym? O wszystkim… Nie chciałbym, aby ten blog stał się tylko śmietniskiem moich wspomnień, albo przemyśleń. Ufam, że razem z moimi przyjaciółmi stworzymy miejsce rozmowy o ważnych dla nas sprawach. Czyli taki blog wspólnoto i ideo – twórczy.
Podaję jeszcze mój mail, gdyby ktoś potrzebował: verlinde@wp.pl
Można mnie także znaleźć na naszej-klasie.pl

Dobrze, że Ojciec po raz drugi założył bloga. Potrzeba rozmowy o sprawach ważnych jest ogromna, a Ojciec nie zawsze na wyciągnięcie ręki… Wspieram komentarzami i pozdrawiam!
I ja się cieszę, że prowadzisz Ojcze tę stronę i piszesz. Taka “bariera” internetowa, czasem pomaga w zatrzymaniu się i zastanowieniu nad tym co dla nas ważne…
Życzę wytrwałości w pisaniu i prowadzeniu tej strony. Wszystkiego dobrego! Pozdrawiam.
no fajnie na ojca wreszcie natrafić gdzieś, coś się ojciec zagubił po odejściu z sandomierza, a tu proszę, jedno spotkanie z siostą Eweliną i wiadomo gdzie szukać… zobaczymy nad czym teraz ojciec pracuje, pozdrawiam, liczę na jakiś kontakt…
Kaśka
(mam nadzieję, że wie ojciec która)
no wiesz Norbert cos pięknego. zawsze miałes szalone pomysły ale ten jest bardzo dobry. pozdrawiam Cie
Ile trafia tu zbłąkanych owieczek…? Czy ktoś jest w stanie pomóc, jeśli sami nie potrafimy sobie ze sobą poradzić? Moje małżeństwo po 16. latach ginie w gruzach – a ja nie mam już sił, aby je ratować. Mamy cudownego 8. letniego dzieciaka, który jest chyba mądrzejszy od nas obojga. On wie, że się kochamy i właściwie to dla Niego jesteśmy jeszcze ze sobą. Głupio zabrzmiało? Wiem, ale to prawda – kochamy się i jednocześnie nie potrafimy być ze sobą… trudno to wyjaśnić, jeszcze trudniej zrozumieć. Coś się skończyło, teraz tylko przyzwoitość no i … poczucie obowiązku… Dość mam znoszenia fochów, obrażania, milczących dni – a jednocześnie chowam głowę w piasek i nie potrafię wylać wszystkich żali. Chyba pozostanie kartka podzielona na dwie części: dlaczego warto / wszystkie żale. Co przeważy? Widzę tylko utkwione załzawione oczy syna, który mówi: “Mamusiu, przecież wy się kochacie. Ty kochasz tatę a tata ciebie.” Nie zasłużyłam na takiego cudownego dzieciaka, a jednak… Ja już naprawdę jestem wypalona…
ile trafia zbłąkanych owieczek…? Dobre pytanie. Nie wiem, ponieważ nie potrafię patrzeć przez szkło monitora. Są bowiem sprawy, których nie da się rozwiązać pisząc o nich na blogu. Coraz bardziej to dostrzegam i nie potrafię nic na to poradzić. Coraz mniej znajduję słów by o czymkolwiek pisać. Takich problemów jak Twój nie rozwiązuje się na forum jakimkolwiek. Wiem, że tonący brzytwy się chwyta… Po pierwsze musisz mieć bardzo silną relecję z Jezusem. Im większe problemy tym więcej pracy nad tą właśnie relacją. Jeśli pozwolisz napiszę coś o tym na głównej stronie. Może jakieś inne tęgie głowy nam pomogą. Czekam na pozwolenie…
czasami kilka słów potrafi naprowadzić na właściwe tory, a może po prostu “zmusić” do zastanowienia się, zatrzymania na chwilę i spojrzenia z boku na wszystko.
Nie mam nic przeciwko poruszenia tematu na blogu – może ktoś zmagał się z podobną sytuacją… może… czasami tak niewiele potrzeba…
Jeśli mogę coś doradzić – nie jestem psychologiem, ale dużo doświadczenia, jeśli chodzi o kryzys małżeński i psychologię (jako osoba, która sama wymagała takiej pomocy), to moją uwagę zwróciły słowa:
* “Dość mam znoszenia fochów, obrażania, milczących dni” – poważne oskarżenie wobec drugiej strony, a słowa nie ma, jakie moje wady i zachowania u mnie doprowadza drugą stronę do furii. NIGDY nie jest tak, że działań przynoszących w efekcie kryzys i rozpad małżeństwa jest winny tylko mąż lub tylko żona
* “kochamy się i jednocześnie nie potrafimy być ze sobą” – to sprzeczność, z tym co wyżej też. Krótko mówiąc, myślę, że kochacie nie partnera, tylko jego wyidealizowany obraz, będący projekcją tzw. idealnego rodzica, i nieświadomie poszukiwaliście w związku, jak większość ludzi zresztą, zaspokojenia niezaspokojonych potrzeb z dzieciństwa. To się nie mogło udać, bo dwoje poranionych kilkulatków w ciałach dorosłych ludzi nie może stworzyć stabilnego, dojrzałego związku, zdolnego w negocjacyjny sposób rozwiązywać nieuniknione kryzysy, tak aby dzięki nimi wzrastać i pogłębiać więź małżeńską
* “Mamy cudownego 8. letniego dzieciaka, który jest chyba mądrzejszy od nas obojga. On wie, że się kochamy” – to zdanie też zdradza, że nie patrzysz realnie na świat, nie postrzegasz ludzi rzeczywistych z ich zaletami i wadami, tylko nakładasz na nich projekcje swoich wyidealizowanych pragnień
* “a jednocześnie chowam głowę w piasek i nie potrafię wylać wszystkich żali” – jestem przekonana, że wylewasz je ciągle – inaczej mąż nie zachowywałby się w ten sposób, jak piszesz – tylko w zakamuflowany sposób: zrzędzeniem i atakami złości na zupełnie przypadkowe tematy, np. kiedy mąż wysypał cukier, twardym wyrazem twarzy, tupaniem, twardymi osądami, cichymi dniami, złośliwościami pod jego adresem w jego nieobecności i na dziesiątki innych sposobów.
Z Twojego listu widać, że zupełnie nie umiecie ze sobą rozmawiać o waszych problemach. Jeśli chcesz ratować małżeństwo – a ze względu na dziecko MUSISZ to robić, jako dziecko rozwiedzionych rodziców wiem, jaka to jest katastrofa, zostawiająca rany w psychice na całe życie – poszukaj pomocy specjalisty, psychoterapeuty specjalizującego się w kryzysach małżeńskich. Jest wiele możliwości, i płatnych, i nie, jeśli się tylko chce, niezależnie od tego, gdzie się mieszka. Nie rozwiążecie tego sami. To wymaga określonych umiejętności profesjonalnych, po prostu. I jeszcze jedno – przyjmij za pewnik – mówią to psychologowie, kierownicy duchowi, wielcy święci – że zmienić drugiego człowieka możesz tylko, zmieniając siebie. A z Twojego listu widzę, że czeka Cię dużo pracy nad sobą. Widzę to, bo sama też kiedyś podobnie wyrażałam się o mężu i innych ludziach. Na szczęście trafiłam na ludzi, którzy przekonali mnie, że potrzebuję pomocy psychologicznej i muszę zmienić siebie, muszę nauczyć się nowych sposobów reagowania, rozwiązać wyparte problemy związane z dzieciństwem, jeśli chcę być w życiu, w małżeństwie, szczęśliwa. Tym się powinnaś teraz zająć, nawet jeśli mąż nie będzie chciał podjąć terapii razem z Tobą, nie ma to znaczenia. Na niego nie masz wpływu, na siebie tak. A wiem z własnego doświadczenia, że kiedy ja się zmieniam, to moi bliscy też. To jest droga, którą Ci proponuję, bardzo namawiając Cię do jej podjęcia, żeby uchronić dziecko przed jeszcze cięższymi ranami od tych, których już teraz doznaje, i by móc szczęśliwie żyć przez resztę życia. Nawiasem mówiąc, zmiana partnera nic nie załatwi, bo do kolejnych związków będziesz wnosiła te same postawy, reakcje, nierealistyczne oczekiwania, idealistyczne projekcke, nierozładowany gniew zakumulowany w dzieciństwie i ból pierwotny.
Z całym szacunkiem, podaje Ojciec swój mail, a jak się napisze, to odpowiedzi się nie dostanie, hmm. Mimo wszystko pozdrawiam.
Witam, dość późno zajrzałam głębiej w tego bloga, ale czytam go z coraz większym zainteresowaniem. Jako kolegę ze szkolnej ławy, zawsze pamiętałam Cię jako mądrego faceta
. Dobrze, że nie zawiodłeś moich oczekiwań i oby tak dalej – trzymam kciuki, żeby Twoja duszpasterska misja była owocna, bo potrzeba takich ludzi jak Ty.
Sama nie wiem, czy ten Norbert, ktory z takim namaszczeniem wypatruje zblakanych owieczek przez ekran monitora ma jeszcze cos wspolnego z Bratem Norbertem, ktory na Wysokiej i w Krakowie pisal, spiewal i odznaczal sie najzdrowszym na swiecie dystansem do Wszystkiego. Nie wiem tez ile we mnie tej Zuli z tamtego czasu, ale chyba niewiele. Tak czy inaczej – zlapalam Cie za piete i zobacze co z tego wyniknie.