Archiwum kategorii ‘kazania’

h1

PROWOKACJA

25 sierpień 2009

how-to-solve-cat-behavior-problems-4Po ostatnim „po-łbie-biciu”, jakie dostałem za wygłoszone kazanie, zacząłem coraz intensywniej zastanawiać się nad używaniem prowokacji w retoryce i dyskusji. Postanowiłem zatem moje rozumowanie poddać „twórczej krytyce” ze strony czytających mojego bloga. Może najpierw słownikowa definicja:
PROWOKACJA wyzwanie, umyślna zaczepka; podstępne judzenie, podpuszczanie kogoś do szkodliwych dla niego (lub dla osób trzecich) działań albo decyzji. Prowokator podżegacz; agent policji, który dostaje się do organizacji polit., aby działać na jej szkodę. Etym. – łac. provocator ‘wywołujący (do walki)’ i provocatio ‘wywołanie’ od provocare ‘wywoływać; wyzywać’; pro- ‘wy-’, por. pro-; vocare, zob. wokanda (Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego).
Już w tej definicji jest coś, co mi nie pasuje. Prowokacja jest tu bowiem zdefiniowana pejoratywnie. Dlaczego? Czy prowokacja musi zawsze służyć złym celom, np. sprowokowaniu kogoś do szkodliwych dla niego działań i decyzji? Jak zatem nazwać to, co robił Pan Jezus a co ja nazywałem do tej pory prowokacją? Przykład. Jezus dobrze wiedział, że nie wolno w szabat pracować. Wiedział, że prawo zakazuje łuskania kłosów na przykład. Powiedzmy, że rozumiem Jego szabatowe uzdrowienia. Był to wyraz Jego miłości do ludzi, ale to łuskanie kłosów nazwałbym przegięciem. Nie mogli wytrzymać? No sorry… Wydaje mi się, że Jezus specjalnie na to pozwolił, aby móc później, w dyskusji jakoś to szerzej wyjaśnić. I tutaj jest chyba pies pogrzebany. On prowokował, aby pobudzić do myślenia i wreszcie do rozmawiania na ten temat. Zaczynał od obrazu, czasem prowokacyjnego, ale na nim nie poprzestawał. Ważne było też to, że uczniowie za Nim cały czas chodzili, więc owo wyjaśnienie mogli od Mistrza otrzymać bezpośrednio. No weźmy chociażby tą ostatnią, niedzielną Ewangelię. Jezus mówi o spożywaniu swojego ciała i piciu swojej Krwi. Czy uczniowie zrozumieliby o co Mu chodziło, gdyby nie uczestniczyli, najpierw w ostatniej wieczerzy a później (chociaż pośrednio) w Jego męce i śmierci, gdyby nie zobaczyli Go zmartwychwstałego… Koniecznym warunkiem zrozumienia tej prowokacji było „chodzenie za Jezusem”. Ja to chodzenie za Jezusem pojmuję w sensie alegorycznym również. Otóż czasem słuchamy, ale tylko to, co nam pasuje, co chcemy usłyszeć. A przecież Bóg przemawia także przez głupotę ludzką. Przez oślicę przemówił to tym bardziej przez człowieka, chociażby najgłupszego. To mnie przekonuje do słuchania wszystkich kazań, od początku do końca. Chociażby zezłościły mnie już w pierwszych pięciu minutach. Iść za Jezusem oznacza dla mnie uważnie słuchać. Szukać wszędzie, we wszystkim ziarna prawdy. Chyba do tego służy prowokacja żeby kogoś zmobilizować do drhousetmyślenia. Oglądaliście może kiedyś taki serial w telewizji „Doktor House”? Świetna sprawa. To codzienne zmagania lekarzy w pewnej dobrej klinice. Pracuje tam doktor (chyba jakiś przełożony pozostałych), który przez swoje, czasem niewybredne, żarty z innych zmusza do myślenia i ciągłego poddawania w wątpliwość swoich osądów. W leczeniu jest to chyba niezmiernie ważne. Zdiagnozować bowiem to początek, ale od tego zależy całe późniejsze leczenie. Od diagnozy zależy skuteczność leczenia a czasem nawet życie lub śmierć. Pewną moją znajomą leczono przez kilka lat na cukrzycę a okazało się, że ma guza mózgu. Szok. Zatem prowokacja nie jest sztuką dla sztuki, lecz pewną metodą w osiągnięciu celu, jakim jest – zmuszenie do myślenia. Myślenie zaś ma przyszłość.

h1

twórcza krytyka…

17 sierpień 2009

krytykowanyCo oznacza sformułowanie “twórcza krytyka”? Pytam ponieważ coraz częściej spotykam ludzi, którzy ową krytykę wyrażają wobec mnie. Moi współbracia twierdzą, że to dobrze bo oznacza, że nie jestem dla ludzi obojętny. Z tą krytyką spotykają się oczywiście moje kazania. Podam przykład. Wczoraj była Ewangelia, w której Jezus mówi: “moje ciało jest prawdziwym pokarmem a krew moja jest prawdziwym napojem”. Ci, którzy Go słuchają są oburzeni: “jak On może dać nam swoje ciało na pokarm?” Ten fragment Słowa Bożego jest tym bardziej dziwny, że znajduje się u św. Jana, który słynie z pisania bardzo symbolicznego, alegorycznego i metaforycznego. Teraz wręcz “łopatoligicznie” mówi o ciele, o krwi, o pokarmie. Tam nie ma przestrzeni do symbolicznego tłumaczenia. Widocznie autorowi, a wcześniej Jezusowi, chodziło o to by w tej kwestii nie było żadnych wątpliwości, iż trzeba Eucharystię rozumieć dosłownie. Postanowiłem zatem skupić się na tej dosłowności i wykorzystać owo oburzenie słuchaczy. Zagrać na tych samych emocjach, co Jezus. Zacząłem od opowieści ojca Piotra Rzucidło OFM, który jest misjonarzem w Papui-Nowej Gwinei od lat dziesięciu. Otóż papuasi bardzo łatwo przyswajali sobie prawdę o Eucharystii. O wiele łatwiej niż europejczycy. Pytał dlaczego tak jest. Był bardzo zdziwiony i trochę zniesmaczony, kiedy dowiedział się, że owo zrozumienie bierze się z kanibalskiej przeszłości ludów Papui. Jednak kanibalizm realny wyglądał trochę inaczej niż to sobie wyobrażają europejczycy. Otóż jeśli już jedzono człowieka (a zdarzało się to rzadko) robiono to tylko w wyniku działań wojennych, walk między plemionami. Zwycięzcy zjadali pokonanych. Ale też nie wszystkich i nie byle jakich. Otóż zjadano najsilniejszych, najmądrzejszych albo najpiękniejszych. I to też nie w całości. Zjadano np. serce, licząc na to, że razem z sercem otrzymają siłę człowieka, do którego ono wcześniej należało. Zjadali mózg, sądząc to samo o mądrości w nim zawartej itd. Papuasi Eucharystię rozumieli dosłownie. Spożywają ciało Jezusa. Razem z tym ciałem, przyjmują w siebie wszystkie dobre cechy Jezusa, Jego boskość, miłość, mądrość. Po opowiedzeniu tego przykładu zwróciłem uwagę na ten realizm słów Jezusa oraz podkreśliłem intymność związku między Jezusem a tym, kto Go przyjmuje w komunii. Bóg wchodzi w sam środek człowieka, w sensie dosłownym. Jednoczy się z nami jak małżonek z małżonką w akcie miłości. Nie ma już nic bliższego, nic bardziej intymnego, nic bardziej bliskiego. To mnie samego zachwyciło, gdy to zrozumiałem po raz kolejny i chciałem przekazać to innym. Przecież to szalenie piękne i daje odpowiedź na tak wiele pytań, również z dziedziny płciowości człowieka (tyle mamy z tym problemów).

critics
I nagle, po powrocie do zakrystii przychodzi do mnie kobieta, która twierdzi, że była oburzona moim kazaniem. Że przychodzi do mnie bo jest rok kapłański i ona chce mnie ostrzec. Pierwszy i ostatni zarzut, jaki mi zrobiła był taki, że ona czuła, jak ja mówię bez miłości. O mój Boże… Bez miłości do kogo? Bez miłości do Boga? Przecież właśnie o tej miłości mówiłem, zachwycony nią. Może bez miłości do słuchaczy? Przecież nie ma większej miłości niż dać się komuś w tak intymny sposób. Może bez miłości do tej pani? Nie wiem już sam, jak mogłoby to wyglądać… Owa pani to nie jakaś dewotka, czy idiotka – wręcz przeciwnie. Wielu z czytających to forum zna ową panią… Nie chcę podawać jej imienia, ale jest artystką bardzo związaną z Kościołem. Ostatnią osobą, którą podejrzewałbym o taką krytykę. Czy można zabić kogoś takim stwierdzeniem? Mówisz coś bez miłości. Czy to nie jest osąd? Skąd ona to wie? Siedzi w moim sercu, w mojej głowie. Czy uważacie, że takie słowa są twórczą krytyką? Ok, wiem że świeccy powinni zwracać uwagę kapłanom, ale czy to jest właśnie mówienie z miłością? Sam nie wiem, co o tym sądzić. Może niektórzy z Was, często odwiedzający mojego bloga (widzę to w panelu administracji) odezwali by się w tej sprawie i zabrali głos w komentarzach, co? Pozdrawiam.

h1

FAST FOOD

2 sierpień 2009

art_123“Manhu?” (co to jest?) – pytali Żydzi Mojżesza, gdy wyprowadził ich na pustynię w drodze do ziemi obiecanej. Nie mieli co jeść i Pan zesłał im coś, co nie przypominało żadnego pokarmu, który dotychczas spożywali. Było to coś zupełnie innego a jednocześnie nie sprawiało wrażenia czegoś co może nasycić. W dodatku w tak ciężkiej drodze, jak właśnie ta przez pustynię. Uważali, że należy im się coś o wiele bardziej “konkretnego”. Bóg nie daje im tego, czego się spodziewali. Otrzymują coś zupełnie innego.
Pan przez swoje Słowo zadaje nam dzisiaj pytanie: “czym się karmisz?” Czy przypadkiem nie jesteś nastawiony na jedzenie pokarmu mizernego. Co to jest ten pokarm mizerny? Żyjąc w czasach Mc Donalds’a i KFC trudno powiedzieć, że to pokarm mało konkretny. Skutki żywienia się big macami i innego rodzaju fast foodami widać gołym okiem (jeśli gołym to szczególnie na plaży…). Jednak wiemy dobrze ile złych wartości odżywczych i szkodliwych dla zdrowia jest w tego typu pożywieniu. Czasem o wiele mniej “konkretnie” oznacza zdrowiej i bardziej pożytecznie dla organizmu.
Chodzi nam jednak o pokarm duchowy. My podobnie, jak Ci Żydzi chcemy czegoś “konkretnego”. Prosimy Boga, aby dał nam znak swojej obecności, aby uczynił cud, aby okazał swoją moc. A Bóg działa odwrotnie do naszych oczekiwań. Zamiast duchowego fast fooda daje nam ową mannę, która na pierwszy rzut oka nie jest w stanie nas zaspokoić. Jest jednak inaczej. Z czasem, przy odrobinie cierpliwości i wierności zaczynamy dostrzegać, że ten pokarm mizerny był specjalnie dobraną przez Pana dietą. Dietą, w której dokładnie wymierzono składniki mające sprawić stopniowy i harmonijny rozwój naszego duchowego organizmu. “Manhu?” (co to jest?) – pytamy Pana Boga kiedy dostajemy naszym zdaniem za mało. Ale czy potrafimy Bogu zaufać, że to jest właśnie tyle ile nam potrzeba?
W naszej drodze do nieba, przez pustynię, Pan daje nam chleb aniołów – jest nim Eucharystia. Na pozór to pokarm bardzo mizerny, jednak kryje się w nim Bóg. Czy to mało? Czy można dać więcej?

h1

Dzień Pański

21 czerwiec 2009

siemiradzki_wdomu
Dzisiaj niedziela. Jak ją spędzamy?
Przyszła mi do głowy ta myśl, kiedy pierwszy raz od wielu miesięcy musiałem się skonfrontować z wolnym, niedzielnym popołudniem. Od trzech lat w Tarnobrzegu odprawiam Mszę Świętą o godzinie 19:30. Kończyłem ją około 20:15 a później miałem jeszcze spotkania ze studentami. Dzisiaj o 14:00 miałem ślub i na tym koniec moich obowiązków. Wróciłem do swojej celi, usiadłem i zastanowiłem się – co ja mam teraz robić? Jest niedziela, więc nie będę pracował, nie będę się uczył. Pada deszcz, więc nie pójdę na spacer. Co robić? I nagle naszła mnie myśl – módl się! Hmmm… Ale jak długo można się modlić…? Wtedy chyba po raz kolejny w życiu zadałem sobie pytanie o moją osobistą więź z Bogiem. Czy przypadkiem nie sprowadziłem jej w ostatnim czasie do oficjalnych, kościelnych modlitw…? No fakt, że zawsze staram się te “modlitwy” odprawiać jak najuczciwiej i jak najbardziej duchowo. Jednak ta bezradność w obliczu wolnego czasu nieco mnie zastanowiła.
A co Wy robicie w niedzielę? Ile czasu tego dnia spędzacie na modlitwie, na czytaniu Pisma Świętego, na rozmowach o Jezusie? Mam nadzieję, że są chrześcijanie, którzy świętują niedzielę autentycznie, jako święto zmartwychwstania. Przecież właśnie dzięki Panu naszemu możemy tego dnia odpoczywać. Ale jak to robić twórczo? Narazie zostawiam to pytanie bez odpowiedzi, mając nadzieję, że włączycie się do dyskusji przez dopisywanie własnych komentarzy. Zatem czekam… c.d.n…

h1

Wielki Post

26 luty 2009

Dlaczego poszczę?

post-wigilijnyCelowo formułuję to pytanie w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Chcę bowiem nie tylko wyrazić swoje osobiste zdanie, lecz zadać to pytanie każdemu, kto czyta. Gdy zaczynamy Wielki Post warto abyśmy, jako chrześcijanie, odpowiedzieli sobie szczerze na kilka pytań. Ja już nie pytam, czy w ogóle pościmy, bo jeśli ktoś zna Biblię i nauczanie Jezusa powinien rozumieć potrzebę postu. No właśnie… I tutaj mam już pierwszą odpowiedź. Otóż poszczę dlatego, że pościł mój Bóg, Mistrz, Brat i Oblubieniec – Jezus Chrystus. Jeśli życie chrześcijańskie polega na naśladowaniu Chrystusa to jak najbardziej również w tym aspekcie.  Może to nie jest przyjemne, ale jeśli Jezus ma być Mistrzem prawdziwym a nie tylko wyimaginowanym to muszę naśladować Go nie tylko w tym, co przyjemne. To On dyktuje mi nauki a nie ja sobie je wybieram. To nie jest kurs zaoczny, albo eksternistyczny. To są studia 24 godziny na dobę. Nasuwa mi się zatem pytanie: dlaczego pościł Jezus? Z jakiego powodu? Przecież jako Bóg nie potrzebował pościć. Był doskonały. Najwyraźniej chciał dać w ten sposób przykład swoim uczniom, czyli również nam, również mnie. Jezus pościł ponieważ rezygnując z pokarmu i ludzkiego towarzystwa skłaniał swoje zmysły ku przebywaniu z Bogiem Ojcem. Nie chciał znać niczego i nikogo innego poza Nim. Tylko w Bogu złożył całą swoją ufność. Poza tym, znając swoje powołanie przygotowywał się przez małe ofiary do ostatecznej ofiary ze swego życia. Po pierwsze więc miłość do Boga Żywego a po drugie formacja. Czy ja poszczę z tego samego powodu? Wszystkie inne sprawiają, że moje posty idą na marne.

h1

Świadkowie Jehowy

29 listopad 2008

Świadkowie Jehowy

– manipulacja w dobrej wierze…?

28423Uczestniczyłem kilka lat temu w dwutygodniowym szkoleniu retorycznym, które prowadził pan doktor Marek Kochan* z Uniwersytetu Warszawskiego. Był to tzw. obóz retoryczny zorganizowany przez braci dominikanów. Po części teoretycznej przez kilka dni przygotowywaliśmy przemówienia i kazania, nagrywaliśmy je na video oraz omawialiśmy na podstawie wcześniejszych instrukcji. Nasz wykładowca i instruktor, powiedział wtedy rzecz, którą pamiętam do dzisiaj. Sparafrazuję tę wypowiedź. Jeśli masz do sprzedania, twoim zdaniem bardzo atrakcyjny produkt i chcesz go dobrze sprzedać, musisz go najpierw odpowiednio opakować. Nie sprzedaje się perfum „Chanel” w opakowaniu po kiszonej kapuście. To prawda. Widzę to codziennie, jak przyswajalność przekazywanej przeze mnie nauki w szkole zależy od formy jej podania. Podobnie jest w duszpasterstwie, w konfesjonale itd. Jednak podczas tych samych warsztatów z retoryki zauważyłem jak wąska jest granica między przekonywaniem do wartości sprzedawanego produktu a manipulacją. Tym bardziej jest ona cienka, gdy ma się do zaproponowania tak cenny „produkt”, jakim jest Ewangelia, czyli Dobra Nowina o zbawieniu. Z jednej strony jest to sprawa najwyższej wagi, dla której poświęcić trzeba niejednokrotnie bardzo wiele, z drugiej zaś strony trzeba zawsze pamiętać o wolnej woli ewentualnych słuchaczy, czyli „nabywców” owego „cennego produktu”. Może się bowiem okazać, że w obronie Ewangelii oraz w celu Jej głoszenia używamy tych samych środków, co sprzedawcy telewizorów, pralek oraz pasty do zębów. „Numer jeden na świecie”, „najlepsza z najlepszych” , „doda ci skrzydeł” , „sprawi, że twoje życie nabierze kolorów” – to tylko niektóre spośród haseł, których można by było użyć. Czy jest prawdą, że człowiek, który wybiera prawdę i zaczyna iść za Bogiem od razu staje się bezsprzecznie szczęśliwy? Czy przynależenie do jakiejkolwiek organizacji ludzkiej zapewnia mi zbawienie? Czy jeśli nie będę się schludnie ubierał to od razu mam zapewniony wstęp do nieba? A jeśli chce być sobą, totalnym indywidualistą, ale pełnym miłości wobec ludzi i wobec Boga, czy nie będę zbawiony? Czy to, że komuś się nie podoba strój, w którym chodzę przekreśla mnie w oczach Boga? Kto decyduje o zbawieniu? Ja czy Bóg? Jakakolwiek organizacja (nawet Kościół), czy też Bóg, który jest jedynym sędzią? Jednym ze sposobów oddziaływania na słuchacza jest nawiązanie z nim kontaktu. Pokazanie w pierwszych słowach przemówienia, że łączy go z nami jakaś więź. Co to może być? Ot np. w wielkim, zimnym kościele do tłumu siedzącego w drewnianych ławkach wystarczy powiedzieć: „Kochani, wiem, że Wam zimno, wiem, że ławki są niewygodne i dlatego preachingpostaram się nie mówić zbyt długo”. Słuchacz od razu czuje więź z mówcą. Pamiętam jednak zasadę dra Kochana – przyjdź pół godziny wcześniej do tego kościoła, na tą salę i usiądź na miejscu słuchaczy, w pierwszym, w środkowym i w ostatnim rzędzie. Sprawdź jak stamtąd widać, słychać. Ja bym dodał – pomódl się za swoich słuchaczy, poproś Boga o pomoc w dotarciu do ich serc. Bardzo cienka jest granica w przemawianiu, granica po której przekroczeniu zaczynamy wywierać nacisk metodami, które nazywają się manipulacją. Trzeba bardzo uważać, aby tej granicy nie przekroczyć.

W najogólniejszym sensie manipulacja oznacza wywieranie wpływu na człowieka, posługiwanie się nim i sterowanie wbrew jego woli. Samo zaś słowo manipulacja pochodzi od łacińskiego manus pellere, co oznacza trzymać dłoń w czyjejś dłoni, mieć kogoś w ręce. Czy rozpoczynanie rozmowy o Bogu od nauki o końcu świata oraz od udowadniania, że wszystkie znaki z Apokalipsy właśnie się sprawdzają nie jest manipulacją. Chcę, aby ktoś doszedł do określonych wniosków więc podsuwam mu odpowiednio przygotowane argumenty. Do tego dołączam działanie emocji – bo przecież nawet jeśli nie drżę podczas mówienia o końcu świata to jednak wywołuję określone emocje u słuchacza opowiadając mu, że musi się nawrócić bo Pan jest już blisko. Czy rzeczywiście strach przed końcem świata może być dobrą motywacją do przyjęcia wiary? A może raczej pokazanie miłosiernego oblicza Ojca… Zapewne ktoś zwróci mi uwagę, że przecież Kościół też straszy piekłem a Świadkowie Jehowy nie uznają istnienia piekła. To prawda, czasem spotykam się ze straszeniem ludzi. To nie jest metoda, którą pochwalam. Sam czasem mówię o piekle i o diable, lecz tylko po to by uświadomić chrześcijanom jego realność i zagrożenie. Poza tym wiara to bardzo delikatny temat. Nie mogę będąc „autorytetem w tej dziedzinie” wykorzystywać swoich umiejętności w celu zdobycia nowego wiernego. Celem moich działań powinna być zawsze miłość do ludzi i pragnienie ich zbawienia. Wtedy każdy człowiek jest podmiotem a nie przedmiotem moich działań.

w2000„Teokratyczna szkoła służby kaznodziejskiej” – oto tytuł jednej z instruktarzowych książeczek z której nauki i porady czerpią Świadkowie Jehowy. Bardzo żałuję, że nie zostawiłem sobie różnych książeczek po zerwaniu kontaktów ze Świadkami. Pamiętam jednak, że w momencie, gdy w blokach zaczęły pojawiać się domofony uczono nas, jak rozmawiać przez domofon. Co należy powiedzieć, aby nas wpuszczono do bloku. Już wtedy wydawało mi się to dziwne a teraz widzę to jednoznacznie, jako manipulację.

Uważam jednak, że Świadkowie Jehowy wychowani na metodach „Strażnicy” nawet nie są świadomi złych metod, które stosują, tzn. nie złych w tym sensie, że nieskutecznych. Wręcz przeciwnie. Mimo wszystko sposób głoszenia przez nich Dobrej Nowiny pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia w kwestii pozostawienia możliwości wyboru odbiorcy zasłyszanej treści.

* Marek Kochan urodził się 1969 roku jest po pierwsze wykładowcą retoryki i erystyki w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Kiedyś – jako stypendysta Rządu Republiki Włoskiej odbył staż badawczy na Uniwersytecie w Padwie. Specjalizuje się w zagadnieniach perswazji językowej, autoprezentacji i kreowania wizerunku. Jest m.in. autorem książki “Slogany w reklamie i polityce”. Przez studentów wspominany jako jeden z najlepszych wykładowców na UW. Sam niżej podpisany również podpisuje się pod tym stwierdzeniem. Jako ekspert współpracuje też z agencjami public relations. Prowadzi szkolenia w zakresie wystąpień publicznych, kontaktów z mediami i skutecznego prezentowania własnego stanowiska w publicznych sporach przeznaczone dla menedżerów, prawników, polityków, wysokich urzędników państwowych, rzeczników prasowych oraz specjalistów PR. Jako prozaik zadebiutował w 1996 roku powieścią “Franquizea”. Jest także autorem scenariuszy telewizyjnych i zbioru opowiadań “Ballada o dobrym dresiarzu”. W ramach projektu Teren Warszawa napisał dramat “Holyfood”. Jego proza była tłumaczona na węgierski i serbochorwacki. Mieszka w Warszawie

h1

modlitwa o wiarę

10 listopad 2008

464140864_f612c23556

MODLITWA

„Jezus powiedział do swoich uczniów: Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych. Uważajcie na siebie. Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu. I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: żałuję tego, przebacz mu. Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna.” (Łk 17,1-6)

Jak trudno zachować wiarę, gdy wszyscy obok ją tracą. Jak trudno zachować wiarę, gdy twoi bracia się jej sprzeniewierzają. Jak wielką trzeba mieć wiarę, kiedy inni do tej wiary zniechęcają. Bardzo trudno chcieć, gdy innym się nie chce. Gdy inni chcą zachować status quo, trudno wprowadzać zmiany. Gdy inni ciągle coś mają ci za złe trudno przebaczać. Gdy tylko patrzą na ciebie, trudno wymagać od innych. Aby przenieść morwę do morza potrzeba wiary wielkości ziarnka gorczycy. Ile wiary potrzeba by poruszyć serce drugiego człowieka? Ile wiary potrzeba by zachować własną patrząc na zgorszenia wokoło? Daj mi Panie, całą garść wiary! Nie chcę przesadzać drzew, ani przesuwać gór. Chcę jedynie zachować marzenia, ideały i wiarę, że można żyć Twoim Słowem. A jeśli wiarę utracę przywiąż mi kamień młyński do szyi i…

h1

zostaw umarłym grzebanie umarłych

28 sierpień 2008

„Zostaw umarłym, grzebanie ich umarłych.”

To trudny fragment Ewangelii. Jezus często posługuje się ostrymi stwierdzeniami zapewne po to, żeby uwypuklić główną treść swojej wypowiedzi. W tym fragmencie chodzi głównie o to, by „sprawy Boga” stawiać na pierwszym miejscu. Nie zmienia to jednak faktu, że niepokoi nas to określenie „umarli”. Po pierwsze trzeba zrozumieć, że nie musi wcale chodzić o materialny pogrzeb kogoś bliskiego. Widziałbym tutaj przede wszystkim usprawiedliwianie się powołanego człowieka. On szuka tylko odpowiedniej wymówki. Ojciec Jacek Salij w jednym ze swoich internetowych artykułów pisze, iż więzy rodzinne były w tamtych czasach tak gęste i rozgałęzione, że odejście syna nie mogłoby spowodować pozostawienia ojca na pastwę losu. Jednym słowem, na pewno ktoś zaopiekowałby się starym, albo umierającym ojcem. Ale, co począć ze słowami Jezusa jeśli rzeczywiście chodzi tu o pogrzeb? Przypominacie sobie zapewne inne, bardzo mocne słowa, które wypowiedział kiedyś Pan: „Kto ojca lub matkę miłuje bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien”. Święty Grzegorz Wielki zapytuje jak to możliwe, że Jezus nakazuje miłować nieprzyjaciół a mieć w nienawiści rodziców. Chodzi tutaj chyba o to, aby zrozumieć, że jeśliby miłość do rodziców miała stać się przeszkodą w miłości do Boga to taka więź musi być wrogą dla chrześcijanina. Nic nie może mi Boga zasłaniać. Wracając do wcześniej cytowanego artykułu ojca Jacka Salija podam tutaj jeszcze jedną, bardzo ciekawą interpretację tych słów. Otóż w Starym Testamencie grzebanie umarłych jest jednym z najważniejszych obowiązków Prawa. Wielokrotnie odnajdujemy wzmianki o grzebaniu proroków, patriarchów i wodzów narodu wybranego. Są jednak także bardzo szczegółowe przepisy dotyczące nieczystości rytualnej, którą zaciągnąć można przez bezpośredni kontakt z ludzkimi zwłokami. Te przepisy szczególnie mocno dotyczyły kapłanów a wyjątkowo arcykapłana. Otóż arcykapłanowi nie wolno było uczestniczyć nawet w pogrzebie swych najbliższych, gdyż raz w roku, na Święto Paschy wchodził do Świętego Świętych i musiał być nieskazitelnie czysty (koszerny). Stąd nasuwa się porównanie każdego chrześcijanina do arcykapłana. Przecież w kapłaństwie Chrystusa wszyscy stanowimy lud święty i wybrany. Oczywiście nie należy przekładać tego na zakaz uczestniczenia w pogrzebach. Jednakże trzeba sobie uzmysłowić, jak ważne dla chrześcijanina powinno być zabieganie tylko o sprawy Boże.

h1

czym jest miłosierdzie?

15 czerwiec 2008

Jakieś półtora roku temu, kiedy pracowałem w innej szkole niż obecnie wydarzyła się pewna historia, którą chciałbym dzisiaj wspomnieć. Otóż pod drzwi klasztoru przybłąkał się biedna psina. Przez kilka dni pracownicy naszego klasztoru próbowali go złapać. Nie dał się. Widocznie ktoś musiał wcześniej bardzo go skrzywdzić skoro tak bał się ludzi. Nasza pani z kuchni nosiła mu jedzenie. Pewnego dnia, pewna pani pracująca w szkole, w której uczyłem zwróciła mi uwagę, że też widziała jakiegoś wychudzonego psa, któremu trzeba pomóc. Oczywiście stwierdziła, że to zakonnicy powinni w pierwszym rzędzie mu pomóc. Kiedy po raz kolejny spotkałem się z tą panią zrobiła mi wręcz awanturę, że dominikanie są bez serca gdyż nie zaopiekowali się pieskiem. Fakt, że trochę ją sprowokowałem mówiąc iż pieska zabrał pan, który prowadzi wietnamską restaurację. Po co ja znów opowiadam tę historyjkę na początek. Dlatego, że w dzisiejszej Ewangelii Jezus pokazuje nam czym jest prawdziwe miłosierdzie. My czasem robimy frasobliwe miny na widok cierpiących, gdy słyszymy o jakiś tam chorobach, czy biedzie też rozdziera nam się serce. Mówimy jednak, że nic przecież nie możemy zrobić no bo cóż… my tu, oni tam… A już najbardziej to się wzruszamy pieskami, kotkami i innymi biednymi stworzonkami. Ja nie jestem przeciwnikiem tych, którzy dbają o los zwierząt wręcz przeciwnie, to też może być miłosierdzie. Jednak co ja robię autentycznie, aby pomóc ludziom? Jezus dzisiaj lituje się, ale zaraz ma konkretną receptę na ludzką biedę. Miłosierdzie to nie jest biadolenie, to nie jest ronienie łez na serwetkę. Miłosierdzie to konkret życia. Jezus daje apostołom władzę nad duchami nieczystymi, władzę leczenia chorób i słabości. Jezus wie, że to nie są przelewki. On wyposaża apostołów do walki. Nie do rywalizacji, lecz do walki wręcz. Do walki ze złym. On czyha, jak lew ryczący szukając kogo pożreć… Powiesz: „hola, hola, ja nie mam takich darów, jak apostołowie. Wszystko nauczyliśmy się przekładać na ludzkie klocki. Jak czegoś nie mogę dotknąć to nie istnieje. Żyjemy w strasznie zmaterializowanym świecie. Otóż większe miłosierdzie okazać mogę innym kiedy będę się starał z nimi być. Nie tylko jednak materialnie, ale duchowo. Modlisz się za te wszystkie biedne dzieci? Modlisz się w ogóle? Jeśli Ty się nawrócisz to uczynisz największy czyn miłosierdzia wobec tych, którzy z Tobą żyją… A dzisiaj siedzisz i znów po raz kolejny nie przystąpisz do komunii, bo co…? Tak smucisz się nad biedą świata a nie widzisz swojej biedy. Gdybyś ty zlitował się wreszcie nad sobą, nad swoją duszą, ona potrzebuje twojego miłosierdzia. Kiedy dokonasz tego fundamentalnego czynu miłosierdzia wobec siebie wtedy będziesz w stanie nieść miłosierdzie innym. A tak skąd masz mieć te wszystkie dary? Jezus dzisiaj, podczas tej Eucharystii daje Ci władzę wypędzenia złego ducha ze swego serca, moc uzdrowienia Twojej duszy. Jest nią Eucharystia. A Ty co? Biadolisz, że nie możesz…? Bo jesteś zbyt pyszny i dumny? Nawróć się i pierwsze czyny podejmij!